O przewadze bycia inżynierem nad… byciem czymkolwiek innym

Rzadko (o ile w ogóle) piszę o swojej pracy, ale przy okazji tego wykwitu twórczości u Weinera pomyślałem, że wspomnę. W ramach swojego projektu spędziłem ostatni rok budując automatyczny system do elektroforezy kapilarnej (na razie jest pół automatyczny, ale idziemy w dobrym kierunku). Ale by sie do tego zabrać musieliśmy – razem z Chrisem, naszym grupowym guru od wszystkiego – zbudować najpierw po prostu CE.

Część systemu odziedziczyłem po Bo – post-docu, który nas opuścił w lipcu zeszłego roku. Bo, z prawdziwie chińskim zapałem, nie uznawał czegoś takiego jak BHP i prowadził pomiary stosując napięcia rzędu 20-30 tysięcy voltów bez żadnych niemal zabezpieczeń. Jak przejąłem projekt, pierwsze, co zdecydowałem się zrobić, to zbudować puszkę, w której system będzie siedział, bo w przeciwieństwie do Bo, mnie życie jest jeszcze miłe (a zapewnienie speca ds. bezpieczeństwa elektrycznego na wydziale, że te 20kV to raczej by mnie nie zabiło, bo natężenie prądu jest za małe, jakoś mnie nie uspokoiło).

Puszkę zbudowaliśmy w kilka tygodni. Jest koślawa, krzywa i brzydka. Ale nasza. Od tego czas męczymy się nad mnóstwem innych pierdółek, coby system wreszcie można zacząć używać do robienia porządnych badań. Nie pomaga nam w tym jednak bawienie się drobiazgami: instalowanie zamków bezpieczeństwa, włączających alarm; instalowanie dyskotekowego oświetlenia wewnątrz puszki; czy wreszcie instalacja alarmu na drzwiach szefa, który włącza brzęczyk w naszym biurze, gdy szef opuszcza swoje (Chris jest zwłaszcza z tego bardzo dumny). Bo powiedzmy sobie szczerze – perspektywa zrobienia setki testów, żeby system walidować, a potem kolejnych setek po każdej drobnej zmianie w projekcie różnych części, aby go re-walidować, nie napawa żadnego z nas podnieceniem, jakie powinno towarzyszyć uprawianiu nauki. Za to produkcja gadżetów – i owszem… I dlatego właśnie lepiej być inżynierem (nawet jeśli nie z wykształcenia).

Add to FacebookAdd to DiggAdd to Del.icio.usAdd to StumbleuponAdd to RedditAdd to BlinklistAdd to TwitterAdd to TechnoratiAdd to FurlAdd to Newsvine

Reklamy

8 Comments

  1. Ależ ten spec ma rację :) W trakcie czesania może wytworzyć się jeszcze większa różnica potencjałów (przy znikomym prądzie), a przecież kilka razy w życiu się czesałeś i nadal żyjesz…
    A tak poważnie – to czym kierowaliście się podejmując decyzję o zbudowaniu systemu do CE? Czy nie można zakupić sprzętu fabrycznego? Te sprzęty są raczej w grupie tańszych, chociaż to też oczywiście zależy od detektora…

    PS. Co do obrazka, to ja jako fizyk, pozwolę się z nimi nie zgodzić :P

    Polubienie

    1. Zapewne ma, ale mimo wszystko – pchałbyś tam łapy? W końcu wystarczą jakieś niesprzyjające okoliczności i może się zrobić, jeśli nie niebezpiecznie, to przynajmniej boleśnie i niekomfortowo.

      CE zbudowaliśmy (i to nie jedno – nieautomatyczny system został zbudowany tuż przed moim przyjściem do grupy), bo sposób zbierania frakcji i depozycji próbki jest niestandardowy, co więcej – interfejs zajmuje więcej miejsca niż znajduje się wewnątrz jakiegokolwiek komercyjnego instrumentu.

      W dodatku ostatnio wywiadywaliśmy się, ile by kosztował system, jaki potrzebujemy do CE bez interfejsu – szef się ostatecznie nie zgodził, czym mnie strasznie wkurzył, bo wyrzucamy pieniądze na mnóstwo innych pierdół, które nie są potrzebne – i okazało się, że jest cały jeden, Agilenta. Automatyczny, z chłodzeniem kapilary, z kontrolą temperatury w komorze na próbki i z wyborem detektora – UV/Vis albo LIF albo DAD. Jedyne liche £30000. Nie jest to może najdroższy instrument na świecie, ale za de facto holder kapilary, detektor i zasilacz, to jednak jest sporo.

      Polubienie

      1. Tak, zgadzam się z Tobą – też bym się zabezpieczał…

        Co do samego CE – to teraz już rozumiem. Ale masz rację £30 000 to naprawdę niewiele. Zwykły auto-sampler do mojego pirolizera miał kosztować ok £150 000 i jak się spodziewasz też nawet nie było rozmowy o jego zakupie :)

        Polubienie

      2. Prawda jest taka, że budując system automatyczny zapłacimy więcej za same części ruchome – nie potrafię w tej chwili znaleźć właściwego słowa po polsku, ale wiesz, o co mi chodzi. A jak jeszcze sobie potem zażyczą chłodzenia kapilary (bo nie ma kontroli temperatury na razie i raczej nie będzie miał), chłodzenia próbek (po moim trupie), innego detektora (a szef już przebąkiwał, że przecież detektor też możemy sami zbudować, bo know-how w grupie jest), i jak się doliczy moją robociznę – bo przecież ktoś mi przez cały rok ostatni za to płacił, a nie tylko ja nad tym pracowałem, to się okaże, że chyba jednak bardziej by się opłaciło kupić tego Agilenta…

        Polubienie

  2. Oooo, widzę że coś fajnego konstruujesz :) Do elektroforezy czego jeśli możnaby zapytać? 20-30kV to chyba za dużo jak na DNA, ale jeśli właśnie do tego celu ma służyć to zgłaszam się na testera, mamy zapotrzebowanie na dobry rozdział rzędu kilku nukleotydów, Qiaxcel ledwo daje radę :D

    Polubienie

    1. Niestety nie ma się czym podniecać, bo nie działa. My docelowo chcemy robić CE białek. Na razie to jest stale CE lizozymu i trypsynogenu do znudzenia. Co do tego, do czego to jest – to jest tylko maszyna, może być do wszystkiego. DNA też próbowałem niedawno (w nieco niestandardowej formie – aptamery z białkami), ale ponieważ nam jedna z części zdechła, a druga okazała się źle zaprojektowana, musiałem ten projekt na razie porzucić :(

      Ale szczerze mówiąc, myślę, że na etapie, na którym my jesteśmy teraz, to każdy komercyjny system będzie lepszy…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s