Polityka a sztuka kompromisu

źródło: flickr; pshutterbug (CC BY 2.0)

ResearchBlogging.org

Nick Clegg/za flickr.com; libdems

Zbliża się sezon wyborczy – i nie mówię tu o smutnych dla nas okolicznościach wyborów w Polsce, ale przede wszystkim o nadciągających wyborach do parlamentu brytyjskiego i prawdopodobnie nieuchronnej zmianie warty w UK. W związku z tym zapewne w najbliższym czasie przeczytacie nieco o tym, dlaczego głosujemy, jak głosujemy oraz dlaczego wybory, które podejmujemy, podejmujemy z zupełnie innych powodów niż nam się wydaje…

W zeszły czwartek miała miejsce pierwsza debata telewizyjna pomiędzy liderami trzech największych brytyjskich partii – Partią Pracy, Partią Konseratywną oraz Liberalnymi Demokratami (Lib Dem). W szranki stanęli: obecny premier Gordon Brown, przywódca Torysów David ‚ależ mam wysokie czoło’ Cameron, oraz raczej mało znany lider Lib Dem, młody Nick Clegg.

Spodziewano się co prawda zajadłem walki pomiędzy Brownem a Cameronem, spodziewano się, że będzie się lała krew, a odłamki kości będą rykoszetować widownię. Nie spodziewano się natomiast jednego – że zwycięsko z całej awantury – i to w jakim stylu! – wyjdzie właśnie mało znany Clegg…

Nasuwa się pytanie: dlaczego? Nie trzeba jednak szukać aż tak daleko, jak w Wielkiej Brytanii. Przyjrzyjmy się polskiej scenie politycznej. Dlaczego Polacy, mając do wyboru SLD (i jego odpryski) oraz PiS (i jego odpryski), wciąż jeszcze skłaniają się ku Platformie Obywatelskiej?

Czy chodzi o program? Nie wiem, jak obecnie stoi z tym PiS (jak już im moralne witki opadną i dadzą sobie spokój z IV RP, będą przecież musieli wykazać się jakimś ekonomicznym planem…), ale podejrzewam, że lewica jakimś dysponuje – bo na moralności to raczej ugrać dużo nie może (bo coby nie zrobiła, zawsze im się od ojców Rydzyków czy innych takich dostanie za esbeków i nie wiadomo co jeszcze. Nawet jeśli młode pokolenie lewicy jest już za młode, żeby to nawet pamiętać!). Poza tym my, Polacy, małe znaczenie przywiązujemy do programów, bo nie lubimy się, jak to śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski (i jakże prawdziwa jest wciąż ta pieśń), grzebać się w detalach.

A może chodzi o urokliwego lidera? Donalda, który z wszystkimi chce być w zgodzie, który nie krzyczy, ale każdego i przytuli i pogłaszcze. Który czasem może popyskuje, ale nie jest ani przesłodzony (jak był swego czasu Olejniczak), ani chropowaty, nieobyty i ogólnie rzecz biorąc mało przystępny (jak w mediach się objawia Jarosław Kaczyński).

A może to nie urok indywiduów, ani program polityczny. Może to po prostu etykietka? Etykietka środka. Etykietka ‚my nie jesteśmy partią komunistyczną, ale też nie jesteśmy konserwatywnymi-skostniałymi radykałami’. Etykietka kompromisu.

Brytyjskie media to właśnie sugerują. Komentatorzy kilku dzienników (w tym opiniotwórczego Guardiana) dzielą się swoimi podejrzeniami na temat takich właśnie przyczyn tego nieoczekiwanego sukcesu – a jest to ich zdaniem nie sukces Clegga, ale sukces polityki środka. Co poniektórzy podpierają się nawet nauką, aby to wyjaśnić i w tym kontekście pojawia się klasyczna już, ponad 20-letnia, a wciąż jakże aktualna praca Itamara Simonsona.

Simonson opublikował w roku 1989 pracę, w której przedstawił wyniki prostego eksperymentu mającego pokazać, jak istnienie trzeciej opcji (pobrzmiewa tu frazes, którym Nick Clegg raczył brytyjską publiczność do znudzenia przez półtorej godziny: Istnieje alternatywa) wpływa na podejmowane przez nas decyzje.

W swoich badaniach Simonson badał dwa powiązane ze sobą efekty. Tzw. efekt asymetrycznej dominacji oraz efekt kompromisu. Przyjrzyjmy się temu drugiemu. Badanie przeprowadzono na licznej (kilkaset osób) grupie studentów. Studenci zostali postawieni najpierw przed wyborem pomiędzy dwoma produktami – badano wybór między dwoma różnymi mieszkaniami na wynajem, kalkulatorami, płynami do płukania ust – ogólnie, zrobiono przegląd przez kilka kategorii. Ponieważ najwyraźniejsze rezultaty otrzymano dla wyboru mieszkań, skupmy się na tym.

Studentom zaproponowano wynajem mieszkania. Wybór był początkowo między mieszkaniem o przeciętnym standardzie, położonym 6 kilometrów od kampusu, a mieszkaniem o wysokim standardzie, jednak położonym od kampusu w odległości kilometrów kilkunastu. Wybory studentów tutaj rządziły się statystyką: połowa wolała mieszkać dalej, ale wygodniej, a połowa bliżej, nawet jeśli nieco mniej luksusowo.

źródło: flickr; pshutterbug (CC BY 2.0)

Następnie do zestawu mieszkań dodano jeszcze jedną opcję – mieszkanie o zaniżonym standardzie, ale leżące praktycznie na kampusie. Zdrowy rozsądek podpowiada, że teraz głosy powinny się rozłożyć po równo pomiędzy trzy mieszkania. Otóż wyniki całkiem temu przeczą! I to w jakim stopniu. Po dodaniu trzeciej opcji, aż dwie trzecie studentów chciałaby wynająć mieszkanie o średnim standardzie w przeciętnej odległości od centrum.

Simonson twierdzi, że jest to wynikiem wybierania przez nas zawsze (czy też raczej bardzo często) rozwiązań kompromisowych. Efekt ten jest nawet wyraźniejszy, gdy nasze wybory są oceniane przez innych – o tyle mamy więc szczęście w podejmowaniu wyborów politycznych, że są one anonimowe. Z drugiej jednak strony tłumaczy to często zafałszowany obraz po publikacji wyników okołowyborczych sondaży – tak, jak to miało miejsce w przypadku poprzednich wyborów prezydenckich w Polsce. Mimo, że demokratyczna większość Polaków głosowała na Lecha Kaczyńskiego, wyniki sondaży przeprowadzonych przed oraz w trakcie wyborów nie wskazywały na to, że zostanie on ostatecznie wybrany. Badania Simonsona doskonale to zjawisko tłumaczą. Lech Kaczyński był, zarówno przed jak i po wyborach, postrzegany jako kandydat radykalny – z całą zaś pewnością znacznie bardziej niż Tusk. Pomimo więc faktu, że sondaże koniec końców także są anonimowe, większość ankietowanych zapewne obawiała się nawet oceny ich wyboru przez ankieterów.

Koniec końców wszystko jest więc kwestią znalezienia właściwych proporcji – wymierzenia, gdzie leży ten upragniony środek, ten balans, ten kompromis, który jeśli nie pogodzi wszystkich, to przynajmniej zjedna nam jak najwięcej… głosów.

Simonson, I. (1989). Choice Based on Reasons: The Case of Attraction and Compromise Effects Journal of Consumer Research, 16 (2) DOI: 10.1086/209205

3 Comments

  1. Efekt wyśrodkowywania bardzo dobrze widać też w polityce USA. Tam nie ma już od jakiegoś czasu prawdziwej lewicy i prawicy (jeśli chodzi o główne partie). Demokraci stali się centro-lewicowi, a Republikanie centro-prawicowi. W efekcie Amerykanie głosując wybierają pomiędzy tymi dwiema partiami jedynie na podstawie drobnych różnic albo tradycji rodzinnych itp. Niestety moi ulubieńcy w USA – Partia Libertariańska pomimo tego, że są trzecią (!) siłą w stanach, niestety nie bardzo się liczą. Oni mają przedstawicieli jedynie we władzach niższych szczebli: stan, hrabstwo, miasto itd., a szkoda…
    Zacząłem pisać o USA, bo mam wrażenie, że taka sytuacja marzy się też wielu politykom u nas. Ja podchodzę do sprawy odwrotnie – wierzę w moc różnorodności. Jak mawiają wielcy „Infinite Diversity in Infinite Combinations”!

    Lubię

  2. Zdaję sobie sprawę że PO w moim mniemaniu jest „mniejszym złem” i jakoś mi to nie przeszkadza. Ale to fakt, rzadko się dłużej zastanawiamy co kieruje naszymi preferencjami ku środkowej opcji. Chyba bezpieczeństwo, asekuranctwo?

    Lubię

    1. Także. Ale nie tylko. Eksperymenty Simonsona były dość starannie zaplanowane. Dlatego wybór był zawsze pomiędzy rzeczami, które były charakteryzowane przed dwa różne atrybuty – w przypadku mieszkania standard i odległość od kampusu. Szukanie środkowej opcji oznacza nie tyle asekuranctwo, co znaczenie częściej możliwość nie rezygnowania z jednego z tych atrybutów.

      Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s