Przerwa po walijsku

W chwili obecnej (jak mówią Anglicy, as we speak) prawdopodobnie wypruwam sobie flaki, żeby pokonać walijskie tysięczniki. W porównaniu z ubiegłym sierpniem postanowiłem w tym roku iść na łatwiznę i zamiast robić wszystkie 15 trzytysięczników (w stopach, panie dzieju, w stopach), w tym roku robię tylko 4 jednotysięczniki (tym razem w jedynym słusznym systemie metrycznym). Po tym jak nikt z nas nie ukończył rajdu w zeszłym roku, doszedłem do wniosku, że w tym roku chcę przynajmniej skończyć, niezależnie od czasu. 1000niki są nieco krótsze (ok. 40 zamiast 50 kilometrów) i robi się mniej przewyższeń (prawdopodobnie ok. 2700 zamiast 3600 m w górę), ale nie należy ich nie doceniać. W dodatku będę prowadził grupę, co mnie jeszcze bardziej martwi, bo zawsze lepiej odpowiadać tylko za siebie… W każdym razie zamykam się conajmniej do poniedziałku albo i dłużej, w zależności od tego, kiedy odzyskam siły. Tymczasem mała porcja fotek z Wysp – chociaż muszę zaznaczyć, że żadna ze Snowdonii. Jakoś nigdy tam szczęścia do pogody nie mam…

This slideshow requires JavaScript.

Add to FacebookAdd to DiggAdd to Del.icio.usAdd to StumbleuponAdd to RedditAdd to BlinklistAdd to TwitterAdd to TechnoratiAdd to Yahoo BuzzAdd to Newsvine

7 Comments

    1. No właśnie z zabawą to to niewiele ma wspólnego :P Jak wychodziłem z biura we czwartek to wszyscy mi mówili „Have fun„. A ja im tylko odpowiadałem, zgodnie z prawdą zresztą „It’s not going to be fun. It’s going to be 24 hours of pain and misery„. I jak widać miałem rację. Tylko z czasem się pomyliłem, bo de facto skończyłem moją część już 48 godzin temu, a boli wciąż…

      Lubię

      1. Zerknąłem, rzeczywiście wygląda to na podobną ideę. Brytyjczycy mają hopla na punkcie chodzenia po górach, więc strasznie popularne są tu różnego rodzaju rajdy i biegi (nazywane challenge’ami ;P). Walijskie (trzy)tysięczniki nie są tak długie jak marszony, ale podejrzewam, że nadrabiają w innych aspektach. Ale jest kilka corocznych imprez na takich dystansach, m.in. na przełomie marca i kwietnia 4 Inns – 70 kilometrowy rajd w Penninach (nie mylić z Pieninami ;)), oraz 3 Towers – także około 70 kilometrowy rajd dookoła Reading. A w ostatni weekend okazało się, że nasza wycieczka zbiegła się z dorocznym Welsh 1000s Race, o którym nawet nie wiedzieliśmy, dopóki nie zobaczyliśmy biegaczy na trasie – było to zresztą dość demoralizujące, jak dowiedzieliśmy się, że co zajęło nam 6 godzin, oni robili w 1,5-2…

        A, no i bynajmniej nie chcę nikogo zrażać. Tylko ostrzegam. Ale zakładam, że jeśli chodzisz na te marszony, to nie muszę Ci tłumaczyć, że frajda to jest, ale dopiero na końcu, a najpewniej nawet nie wtedy, tylko dopiero tydzień później, jak już wszystko przestaje boleć powoli :)

        Lubię

      2. Kurczę, mam mało pieniędzy i czasu ostatnio, a do Snowdonii mam rzut beretem z Liverpoolu… Mimo prawie 5 lat na wyspach jeszcze ani razu się nie zabrałem za siebie, żeby się przyłączyć do jakiejś akcji ześwirowanych brytoli. Na razie zaliczyłem tylko jednego Munrosa w Szkocji, walijskie trzytysięczniki mam zaliczone dwa.

        Zdjęcia Twoje? To z klifami wygląda trochę jak Pembrokeshire.

        Lubię

      3. Ja z 3000ników zrobiem połowę (nie na raz! Nie jestem taki chojrak), ale na resztę się pewnie nigdy nie porwę, bo są albo mało ciekawe albo za daleko od cywilizacji albo jedno i drugie i nie widzę sensu wybierania się tam, jeśli się nie chce robić tego rajdu.

        Wybrzeże w istocie jest z Pembrokeshire. W ogóle – dwie górzyste fotki to widok ze starego dziada z Coniston (Old Man of Coniston), a reszta jest z Pembrokeshire.

        Lubię

  1. Jakby ktoś był ciekaw – znowu nie wyszło. Zabrakło 500 metrów ostatniego podejścia, ale na tym etapie z naszej 5 osobowej grupy zostało nas tylko dwoje. I nawet gdybyśmy jakimś nadludzkim wysiłkiem wczołgali się na szczyt, to nie dalibyśmy rady zejść. Na nasze usprawiedliwienie muszę dodać, że pogoda znowu dała czadu, i większość dnia szliśmy w piekącym słońcu. W dodatku pojawiły się na naszej trasie poważne problemy z uzupełnianiem wody, bo większość źródeł w Snowdonii jest wyschnięta – nie padało tam porządnie praktycznie ani razu od zimy (aż do wczoraj – tuż po tym, jak wyruszyliśmy w drogę powrotną, niebiosa się otworzyły, i z Walii wyjeżdżaliśmy przedzierając się przez ścianę wody). Ot, takie życie. Może za rok.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s