Historia pewnego oszusta

ResearchBlogging.org

Wspominałem w październiku zeszłego roku o profesorze Hwangu Woo-Suku, w kontekście wyroku koreańskiego sądu skazującego go za fałszerstwa, których dopuścił się na polu nauki. Hwang Woo-Suk jest być może najbardziej znanym współczesnym naukowcem oszustem, lecz nie wynika to ze skali oszustwa, ale raczej z faktu, że badania prowadził w dziedzinie niezwykle kontrowersyjnej i przyciągającej uwagę nie tylko świata naukowego, ale też wielu laików – w dziedzinie klonowania, jak twierdził, ludzi.

Jan Hendrik Schön
Jan Hendrik Schön/Przedruk za zgodą Macmillan Publishers Ltd: Nat. Materials 1, 139 – 141, Paul M. Grant ©2002

Nie jest jednak Hwang Woo-Suk największym nowożytnym oszustem naukowym. W ostatniej dekadzie miało miejsce oszustwo na skalę znacznie większą. Ostatecznie – jak w przypadku koreańczyka – zostało ono wykryte, po raz kolejny pokazując, że chociaż system peer-review nie jest doskonały, to jednak działa i jeśli nawet nie najszybciej, to jednak nieustępliwie, wyłapuje naukową ściemę.

O kim mowa? Mowa o młodym Niemcu, Janie Hendriku Schönie, który zdołał na kilka lat przekonać świat, że dokonał rewolucji w dziedzinie badań nad superprzewodnikami, laserami i nanotechnologią. W czasie zaledwie 5 lat opublikował ponad 60 prac, z tego 8 w Science, 7 w Nature, a także 6 w Physical Review oraz Physical Review Letters.

W chwili obecnej wszystkie te publikacje zostały wycofane.

Kariera naukowa Schöna zaczęła rozkwitać pod koniec lat 90. W 1997 obronił doktorat z fizyki na małej, lecz solidnej niemieckiej uczelni w Konstanz. Wkrótce po tym znalazł on pracę w słynnych Bell Labs. W czasie swojego pobytu w tej firmie często jednak powracał do Konstanz, aby (jak twierdził) prowadzić dodatkowe eksperymenty.

W 1999 roku po pobycie w Konstanz powrócił do Bell Labs twierdząc, że udało mu się stworzyć tranzystor polowy z kryształów pentacenu wyhodowanych przez jego kolegę w Bell Labs, Christiana Kloca. Miał to być pierwszy w historii nauki tranzystor zbudowany – czy raczej może stworzony – z pojedynczych molekuł. W ogóle zresztą Schön z materiałami organicznymi miał dokonywać cudów. W jego boskich rękach nabywały nowych właściwości, działając jak tranzystory, zamieniając się w nadprzewodniki, lasery i złącza Josephsona. Elektronika nareszcie miała się wyrwać z okowów krzemu.

Dzisiaj, 10 lat później, z pewnością możemy powiedzieć, że nadal w tych okowach tkwi. Jednak w 1999 i kolejnych latach wyniki Schöna uskrzydliły badaczy i spowodowały napływ gotówki do grup gotowych podjąć się duplikacji jego wyników, i podążyć tym śladem rozwoju fizyki materiałów.

Prawda o tym, skąd wzięły się te wyniki wypłynęła na wierzch w 2002, w trakcie oficjalnego śledztwa badającego sprawę. Zanim jednak do tego doszło, Schön opublikował ponad 20 prac jako pierwszy autor w prestiżowych Science i Nature oraz journalowej mekce fizyków – Physical Review

W okolicach 2000 roku coraz więcej fizyków zaczęło zadawać coraz bardziej kłopotliwe pytania. Grupa Dana Frisbie i Allena Goldmana z Uniwersytetu Minnesoty próbowała powtórzyć wyniki Schöna, a gdy to się nie udawało – a nie udawało się na wielu etapach eksperymentu, na niemal każdym z których Niemiec twierdził, że dokonał przełomu – skontaktowali się z Schönem bezpośrednio próbując uzyskać od niego jakieś wskazówki. Żadna z jego rad jednak nie pomogła i grupa ostatecznie porzuciła ten kierunek badań, zmarnowawszy jednak wcześniej pieniądze, czas i prawdopodobnie kawałek kariery jakiegoś biednego post-doca. Schön został też oskarżony o oszustwo przez pracowników Bell Labs pod koniec 2001, jednak w czasie który został mu przyznany na wyjaśnienia, zdołał sfabrykować jeszcze więcej danych, które miały potwierdzać jego rezultaty. Wreszcie na początku 2002 roku dwie badaczki z Bell Labs, Julia Hsu i Lynn Loo, pracując nad patentem związanym tematycznie z badaniami Niemca, spostrzegły, że wykresy w jego publikacjach są zduplikowane. Schön stwierdził wówczas, że jest to błąd w druku.

W międzyczasie jednak prace Niemca śledzili inni badacze, bynajmniej nie powiązani z koncernem, w którym pracował. Profesor Lydia Sohn z Princeton także na bieżąco obserowowała jego publikacje i – niezależnie od Hsu i Loo – także dostrzegła zduplikowane wykresy. Razem z Paulem McEuenem z Cornell znaleźli kolejne przykłady duplikacji i węsząc jednak coś więcej niż tylko drukarskiego chochlika, zwrócili się o wyjaśnienie do Bell Labs.

Sprawa zaczynała powoli cuchnąć, Bell Labs powołało więc komisję do zbadania problemu. W trakcie tego śledztwa Schön ostatecznie wyjaśnił, w jaki sposób uzyskał swoje wyniki, jakim cudem zaobserwował zjawiska, których nikt inny nie mógł zaobserwować, tworzył urządzenia, których nikt inny nie umiał stworzyć, otrzymywał rezultaty potwierdzające hipotezy co do joty.

Otóż Jan Hendrik Schön uprawiał naukę wsteczną. Zamiast postawić hipotezę, a następnie dowieść eksperymentem, że jest prawdziwa lub nie, Schön zaczynał raczej od wniosków, jakie chciałby otrzymać, a następnie sklecał wyniki i fabrykował dane tak długo, aż otrzymywał „rezultaty”, które prowadziły do tych konkluzji. Rezultaty zresztą w cudzysłowie, gdyż dzisiaj podejrzewa się, że większość, jeśli nie wszystkie, jego urządzeń nigdy nie istniała.

Ostatecznie komisja uznała, że Schön dopuścił się różnego rodzaju manipulacji i malwersacji w przypadku ponad 20 prac. Tuż po opublikowaniu raportu komisji został zwolniony z Bell Labs.

Przykład manipulacji z raportu Bell Labs: wykres, który ma prezentować dane eksperymentalne, pokrywa 30 rzędów wielkości. W drafcie publikacji było to aż 70 rzędów! Instrumenty pomiarowe, dla tego typu doświadczeń, rzadko pokrywają więcej niż ok. 10 rzędów wielkości (a już na pewno nie 30, nie mówiąc o 70). Na tej podstawie wywnioskowano, że wykres nie przedstawia danych eksperymentalnych, a większość wartości na wykresie jest wyliczona teoretycznie. Niemiec przyznał w czasie śledztwa, że rzeczywiście to miało miejsce. W dodatku żadne z jego oryginalnych danych pomiarowych nie zachowały się dla porównania, gdyż – jak stwierdził – nie miał miejsce na dysku i musiał je usunąć…/źródło; raport Lucent Tech, październik 2002

Publikacje, których dotyczyło śledztwo, zostały w całości lub w częściach wycofane. Uniwersytet w Konstanz przeprowadził niezależne dochodzenie, aby sprawdzić, czy Schön nie oszukiwał już w czasie swojego doktoratu. Chociaż nie doszukano się śladów fabrykacji danych w jego pracy doktorskiej, uczelnia uznała (w świetle tej jakże złej prasy), że Schön dopuściwszy się oszustw na taką skalę nie zasługuje na miano doktora i pozbawiła go tytułu.

Czyli nauka zatriumfowała znowu.

Otóż nie do końca.

W trakcie śledztwa prowadzonego w Bell Labs podejrzanym nie był jedynie Schön, ale także innym 20 współautorów jego prac. Jednak jedynie Niemca – jako głównego autora i osoby odpowiedzialnej za większość części eksperymentalnej – uznano winnym. Pojawia się pytanie: nawet jeśli pozostali autorzy nie brali udziału w fałszerstwie, czy nie są winni całej sytuacji w jakimś stopniu? Fakt, że sami nie spostrzegli nieprawidłowości w pracy Schöna, świadczy, że zgodzili się – prawdopodobnie tylko dla sławy – podpisać swoim nazwiskiem coś, czego być może nawet nie czytali. Co więcej, zwłaszcza w przypadku pierwszych publikacji, bo później to był już zapewne efekt lawinowy, poparli swoim autorytetem pracę Niemca. Nie wiadomo, czy gdyby Bertram Batlogg, przełożony Schöna i światowej sławy ekspert od nadprzewodników, nie znalazł się jako autor na pierwszych (i wszystkich kolejnych zresztą też) publikacjach, to czy w ogóle doszłoby do publikacji tych prac. A mógł tu zadziałać u recenzentów zwykły mechanizm obronny – ponieważ autorem jest takiej klasy ekspert, więc to nie może być bubel. Otóż nieprawda. Jak widać może. Sam Batlogg miał zaś później powiedzieć: Jeśli jestem pasażerem, który siedzi w aucie przejeżdżającym skrzyżowanie na czerwonym świetle, to nie jest to moja wina . Stosując tę analogię należałoby jednak powiedzieć, że Batlogg, jeśli nawet był pasażerem, to z uprawnieniami egzaminatora na prawo jazdy. I jest to sprawa niezwykle przykra (chociaż poniekąd zrozumiała – nikt nie lubi być oskarżany o kłamstwa), bo Batlogg oraz inni jego koledzy, nie mieli żadnych zastrzeżeń, gdy trzeba było się dzielić sławą, ale gdy przyszło do dzielenia odpowiedzalności, nagle zapomnieli, że mieli z tym coś wspólnego…

Innym dość przerażającym aspektem całej sprawy jest fakt, że niektóre z wycofanych publikacji Schöna były już po wycofaniu wciąż wielokrotnie cytowane! Schön zaś do dzisiaj twierdzi, że wszystko, o czym pisał, jest prawdą, tylko niestety nie ma tego jak dowieść.

Paradoksalnie w całej tej sytuacji należy dodać, że fałszerstwa Schöna nie dyskwalifikują podwalin naukowych jego badań. Stosowanie związków organicznych w elektronice nadal jest swego rodzaju świętym Graalem, ale fakt, że stało się to przedmiotem tego niefortunnego humbugu, nie oznacza, że nie jest to osiągalne lub że jest to niemożliwe. Oznacza to jedynie, że być może droga jest inna do tej zaproponowanej przez Schöna. A może nawet ta sama – tylko po prostu ktoś musi w końcu wykonać te eksperymenty w taki sposób, aby inni mogli je powtórzyć.

Więc może kiedyś będziemy jednak posługiwać się niekrzemową elektroniką. Pierwszy – po raz kolejny – krok w tym kierunku uczyniła grupa Koreańczyków. Około pół roku temu wspominałem o kolejnej pracy w Nature, w której grupa z Korei Południowej zaprezentowała tranzystor zbudowany z pojedynczej cząsteczki benzenu. Ich tranzystor nie jest ani trochę tak cudowny, bezbłędny i zaawansowany, jak wyidealizowane twory Schöna, ale jest szansa, że tym razem po prostu jest…

Bao, Z. (2002). Retraction Science, 298 (5595), 961-961 DOI: 10.1126/science.298.5595.961b

Schön, J., Kloc, C., & Batlogg, B. (2002). Retraction: Hole transport in pentacene single crystals [Phys. Rev. B 63, 245201 (2001)] Physical Review B, 66 (24) DOI: 10.1103/PhysRevB.66.249903

Schön, J., Kloc, C., Bucher, E., & Batlogg, B. (2003). retraction: Efficient organic photovoltaic diodes based on doped pentacene Nature, 422 (6927), 93-93 DOI: 10.1038/nature01468

Raport Lucent Tech, październik 2002

5 Comments

  1. Ot normalka: zapracowany Pan Profesor nawet nie patrzy na dane i wnioski opisane przez podwładnego, co najwyżej doda swoje pięć groszy stylistyczno-wodolejczych, by potem pracę przyklepać bez zastrzeżeń. Czemu mnie to nie dziwi a nawet już nie przeraża…

    Lubię

    1. No właśnie mi się wydaje, że to nie był przypadek zapracowania tym razem. Bo rozumiem raz przeoczyć coś takiego – ale 25 razy? Poza tym jaki profesor, mając przed nosem wyniki, które mogą całkowicie zrewolucjonizować pole jego/jej specjalizacji, nie wczytałby się uważniej w detale? Naprawdę sądzę, że Batlogg – i inni też, w końcu w dochodzeniu przyglądano się blisko 20 innym osobom – po prostu zwęszył sławę i chwałę i chciał dostać kawałek tortu. No to dostał. Powinien też jeszcze kopa w de na dokładkę za gnuśność i pazerność, no ale tego, to się raczej nie doczekamy.

      Lubię

      1. Właśnie podobnie chciałem odpisać @Em. Ja również obawiam się, że problemem nie jest zapracowanie profesorów lecz lenistwo i chęć posiadania szybkich i dobrze punktowanych publikacji. Rozejrzyj się w naszym świecie nauki… mogę Ci nawet wskazać profesorów, którzy nie czytają w całości prac doktorskich swoich doktorantów albo takich, którzy tuż przed obroną doktoranta orientują się, że większość wyników była wzięta z powietrza przez tego nieuczciwego doktoranta…
        Różnimy się @Em co do opinii z Twojego ostatniego zdania – mnie taka sytuacja w nauce przeraża i to coraz bardziej…

        Lubię

  2. opisane wydarzenia pokazują jak działa w bardzo wielu przypadkach system peer-review, a do tego jak wygląda proces tworzenia publikacji. To całkowicie normalne, że w gronie autorów publikacjii młodego naukowca znajduje się ktoś z dłuższym stażem, bo inaczej praca zaginęłaby w otchłaniach recenzji. Smutne jednak jest to, że naukowcy odpowiedzialni za zgłębianie tajemnic świata wykazują się tak dramatyczną opieszałością (to w kontekście Batlogg’a). A metaforyczne tłumaczenia o jeździe samochodem… Zabawne i żenujące zarazem ;)

    Lubię

    1. Wydarzenia te pokazywałyby, jak działa system peer-review, gdyby oszustwo wykryto po pierwszej pracy, góra po dwóch. Coś jednak zaszwankowało (oczywista odpowiedź, która się nasuwa, to że zawiedli – jak zazwyczaj – ludzie), skoro zajęło 5 lat, kilkadziesiąt publikacji, i kto wie ile milionów dolarów wydanych na badania przez inne grupy, zanim prawda wyszła na jaw.

      Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s