Łatwy dostęp do wiedzy czyni nas głupszymi

logo google

logo googleProponuję proste ćwiczenie intelektualne: chciałbym rozpocząć na blogu dyskusję na jakiś aktualny, ogólny temat, na który większość z nas ma wyrobione zdanie, ale także taki, aby na potrzeby tej dyskusji trzeba było sięgnąć do źródeł. Niechże to będzie też coś lekko kontrowersyjnego: zapłodnienie in-vitro lub klonowanie; może jakiś problem ekonomiczny, na przykład: dlaczego Grecja jest obecnie w stanie niemalże bankructwa i co mogła zrobić, żeby tego uniknąć; albo też problematyka historyczna – dzisiaj każdy ma zapewne opinię na temat tego, kto był najgorszych dyktatorem wszechczasów – Hitler czy Stalin, a może Pol Pot albo Mao Tse-tung?

Ruszmy więc do boju z tą dyskusją. Każdy ma czas na przygotowanie argumentów, na spisanie myśli, zaokrąglenie zdań i doprecyzowanie opinii. Pamiętajcie, na poparcie swojego zdania musicie zacytować fakty, liczby, statystyki.

Gotowi?

To teraz ostatni warunek: do ćwiczenia nie wolno używać internetu.

Rewolucja internetowa ostatnich 15-20 lat doprowadziła nas do sytuacji, w której, gdy tylko potrzebny nam jest dostęp do jakiejś informacji, otrzymujemy go niemal natychmiastowo za sprawą laptopów, tabletów i smartfonów. Żeby przygotować nasze ulubione danie według przepisu babuni, nie musimy już szperać w otchłaniach niepamięci, zastanawiając się czy to były dwie łyżeczki czy też dwie łyżki stołowe mąki. Oglądając ze znajomymi film i próbując sobie przypomnieć, co to był za głośny film, w którym widzieliśmy kilka lat temu głównego aktora, nie musimy męczyć czachy i zastanawiać się, czy to było w reżyserii Spielberga czy Scotta. Gdy na przyjęciu u znajomych ktoś zapyta nas o ciekawostki i porady z naszych ostatnich podróży, nie musimy już szperać w portfelu w poszukiwaniu zużytych biletów i rachunków z hostelu.

Niemal każden ostatni bit informacji leży nam dzisiaj na opuszkach palców. I życie jest o tyle prostsze.

ResearchBlogging.org

I tu pojawia się pytanie: czy ta łatwość zdobywania informacji, to posiadanie natychmiastowego dostępu do tej zbiorowej pamięci, jaką jest internet, wpływa jakoś na naszą własną pamięć? No bo przecież, jak mawia stare porzekadło, organ nieużywany zanika. Skoro nie musimy już przechowywać stert informacji w naszych głowach, to być może rzeczywiście tego nie robimy? Pytanie to zadała sobie także trójka badaczy z trzech odrębnych wydziałów psychologii na różnych amerykańskich uczelniach. Wyniki ich rozważań oraz eksperymentów zostały zaś opublikowane w lipcu zeszłego roku w magazynie Science.

Badacze ujęli tę kwestię jeszcze trochę inaczej. Zapytali mianowicie, czy jeśli na przykład zostanie nam zadane pytanie, ile krajów ma flagę narodową w jednym tylko kolorze, to czy wówczas myślimy o różnych flagach, czy też o tym, jak zdobyć dostęp do internetu i w jakim źródle to sprawdzić?

Aby to zbadać wykonali serię czterech eksperymentów. Wszystkich nie będę tu w detalach opisywał, żeby nie przepisywać publikacji, ale weźmy na warsztat chociaż jeden. W eksperymencie oznaczonym jako drugi, badani ochotnicy musieli przeczytać 40 ogólnotematycznych ciekawostek – zarówno bardziej szczegółowych, na które odpowiedź można jednak łatwo znaleźć online, jak i bardziej ogólnych, z gatunku tych, które się pamięta, nawet jeśli bez dokładnych szczegółów – a następnie przepisać je do dokumentu tekstowego (miało to pomóc im też w zapamiętaniu). Połowa uczestników sądziła jednak, że dokument ten zostanie później zapisany, a druga połowa – że zostanie usunięty. Dodatkowo w każdej z tych grup połowie ochotników nakazano zapamiętać przepisywane informacje. Po zakończeniu przepisywania i wstukiwania w dokumenta, wszystkich uczestników poproszono o spisanie ich z pamięci tych 40 ciekawostek.

Pewnych rzeczy można się zatem od razu spodziewać: możnaby się spodziewać, że uczestnicy, którym nakazano zapamiętać te ciekawostki, będą je pamiętali lepiej niż ci, którzy nie byli do tego zobligowani. Do jest akurat dość oczywiste. Do tego dochodzi jednak aspekt zapisywania ciekawostek w pamięci komputera: czy uczestnicy, którzy sądzili, że ich dokument zostanie zapisany, pamiętaliby szczegóły lepiej, czy gorzej, a może tak samo, jak ci, którzy wiedzieli, że jak tylko skończą przepisywanie, cała ich praca odejdzie w niepamięć?

I tu jedna niespodziewajka – i jedna niekoniecznie niespodziewajka. Otóż okazuje się, że i owszem, świadomość tego, że możemy sięgnąć do zapisanego gdzieś pliku i odświeżyć sobie pamięć wpływa na to, jak dobrze pamiętamy. Świadomie czy nie, jeśli wiemy, że istnieje pomoc, po którą możemy się do komputera zwrócić, przykładamy się mniej do rejestrowania informacji w naszej pamięci. Innymi słowy, straszne z nas lenie.

Niespodzianką jednak może być to – dla większości z nas, laików-niepsychologów, bo podejrzewam, że specjaliści mogą być tego jednak bardziej świadomi, gdyż najstarsze badania na ten temat mają już blisko 50 lat – że nie miało większego znaczenia, czy uczestników proszono, czy też nie, o zapamiętanie informacji. Nasza zdolność do uczenia i zapamiętywania nie zależy od nakazów i jest równie efektywna, gdy spontaniczna.

Na koniec kilka słów o sumarycznych wnioskach z pracy. Okazuje się, że gdy potrzebujemy dostępu do informacji, najczęściej myślimy o komputerach, smartfonach, przeglądarkach: gdy potrzebujemy sprawdzić jakiś fakt czy informację, nie myślimy o tymże fakcie – ale o narzędziu, którego użyjemy, aby go zweryfikować. Ponadto – i to są wnioski z eksperymentu opisanego powyżej – jeśli wiemy, że jakaś informacja może zostać utracona lub że nie będziemy mieli możliwości jej sprawdzenia, jesteśmy bardziej skłonni wysilić nasze szare komórki i zapamiętać ją. I wreszcie na koniec ostatnia perła: otóż ludzie, najwyraźniej, są znacznie lepsi w zapamiętywaniu, gdzie znaleźć jakąś informację, niż samej informacji (dotyczyć to zresztą zapewne będzie nie tylko informacji, ale i wszystkiego innego). O czym w końcu wie każdy student, który przymuszany przez swoich wykładowców do wrycia na pamięć na przykład właściwości radonu, odpowiadał: po co? Czy nie wystarczy, że wiem, gdzie to znaleźć? I czasem (choć nie zawsze!) trudno się z takim stwierdzeniem nie zgodzić…

Sparrow, B., Liu, J., & Wegner, D. (2011). Google Effects on Memory: Cognitive Consequences of Having Information at Our Fingertips Science, 333 (6043), 776-778 DOI: 10.1126/science.1207745

17 Comments

    1. Moim zdaniem należy się przyjrzeć paru aspektom tego co się zapamiętuje i po co. Mamy kilka zmiennych: jest 1) jakaś informacja, którą chcemy przyswoić, jest 2) czas jaki potrzebujemy by znaleźć tę informację, jest 3) ile to kosztuje.

      1) Informacja jakiej potrzebujemy może determinować źródło. Jeśli chcemy się koniecznie dowiedzieć jaki wynik miała reperezentacja siatkówki na olimpiadzie w meczu który rozegrał się przed 5 godzinami, to mamy do wyboru serwis informacyjny, jakiś program telewizyjny albo internet. Jasno widać, że często najbardziej aktualne i świeże informacje można znaleźć właśnie tam. Za to gdy szukamy czegoś bardziej specjalistycznego, może się okazać, że potrzebne są książki z biblioteki.
      2) Internet wydaje się przodować pod względem czasu. W końcu wystarczy wpisaćw google i jest. Tylko, że takie poszukiwania często kończą się na niczym, jeśli nie nie wiemy która z 2000 stron w wyszukiwarce jest wiarygodna i posiada najlepsze informacje…
      3 )… a do tego jest darmowa. W dzisiejszych czasach dostępność specjalistycznej informacji bezpłatnie staje się poważnym problemem. Tu wygrywa biblioteka publiczna.

      Myślę, że nie chodzi o to co jest lepsze. Chodzi o to, żeby
      a) nasz mózg nie wykipiał od nadmiaru informacji – w internecie o to nietrudno, jest jej często aż za dużo. Tu może pomóc po prostu umiejętność dobrego wyszukiwania bez błądzenia od hiperłącza do hiperłącza.
      b) żeby nie uzależaniać się od żadnego ze źródeł. Każde z nich jest ważne: ksiązki, gazety, internet, włącznie z pamięcią pokoleniową, czyli np. historiami rodzinnymi.

      Trudno mi sobie wyobrazić, że kiedyś nie będzie książek i jako konsument będę robił wszystko by temu zapobiec. Ufam temu co materialne i odczuwam opór do ufności w to, co widzę tylko na monitorze komputera. To co jest w internecie może zostać w każdej chwili zmienione i usunięte – jest to zarówno wada jaki zaleta tego medium. Podsumowując, nie jestem przeciwnikiem ksiązek ani internetu, potrzebujemy obu.

      Lubię

  1. Eee, to wcale nie tak i nie ma co wpadać w panikę.
    Już ponoć w starożytnym Egipcie ktoś biadał, że rozpowszechnienie się pisma unicestwi ludzką pamięć i w ogóle wiedzę, bo nikomu nie będzie chciało się pamiętać czegokolwiek, „bo przecież jest zapisane”. Było to kilka tysięcy lat temu i jakoś nie widać powszechnego upadku cywilizacji dookoła, a nawet zasugerowałbym nieśmiało, że wprost przeciwnie.
    Przyszło nam żyć w czasach równie przełomowych, jak te, w których masowo rozpowszechniało się pismo i jego znajomość. Różnica wobec przeszłości jest jakościowa – obecnie spodziewamy się informacji na dowolny temat natychmiast, nie musimy fizycznie iść do biblioteki, godzinę wertować katalog, godzinę czekać na dostarczenie książek z magazynu, kilka godzin wertowania grubych ksiąg to już wisienka na torcie jeśli chodzi o research w jakimś niewielkim problemie do rozstrzygnięcia. A przecież, tak właśnie się robiło, tego mnie uczono i ja wciąż to znakomicie potrafię. Tyle, że na codzień już nie muszę, zawartość książek stopniowo i systematycznie przenosi się z bibliotecznych magazynów do internetu. Zamiast szukać biblioteki, szukam komputera podłączonego do sieci.
    Oczywiście, pozostaje problem umiejętności korzystania z tych zasobów. Zaryzykuję tezę, że i tak jest lepiej dziś, niż kiedyś, bowiem dostępność zbiorów informacji jest większa. Kiedyś, by skorzystać z biblioteki uniwersyteckiej, trzeba było być tegoż uniwersytetu studentem, pracownikiem, względnie wpłacić kaucję i wyrobić sobie kartę biblioteczną. Nie każdy chciał podejmować taki trud. Ba, można wszak – powie ktoś – nabyć komplet tomów encyklopedii i w potrzebie nią się posłużyć, a encyklopedia na półce stoi i sięgnąć do niej, niewielka fatyga. Ale wydatek spory, tomy ukazują się powoli, trudno też liczyć na suplement co roku, ba, co ćwierćwiecze choćby.
    Dziś atoli, w przeklętych czasach upadku cywilizacji, informację znaleźć można nie ruszając się z domu, prawie za darmo (bo za dostęp do sieci płaci się przecież) i w ilościach dowolnych. Sięgnie zatem po nią także ktoś, kogo drzewiej i czołgiem do biblioteki by nie zaciągnięto.
    Skąd jednak poczucie pogłębiającej się głupoty, wśród młodzieży zwłaszcza, które wszak podzielam? Otóż, bierze się ono nie z wszechdostępności informacji, jak sądzę, ale z ułomności szkół, które z jednej strony nie uczą, jak z tych informacji właściwie korzystać, ale i same niszczone są nieprzemyślanymi reformami. Paradoksalnie, nauka umiejętności korzystania z Indeksu Zawartości Czasopism, czy zwykłego przeglądania bibliotecznego katalogu, kiedyś ograniczona dla studentów wyższych uczelni, powinna znaleźć współczesną analogię w szkołach podstawowych. Nie w gimnazjach, bo to za późno, ceterum censeo gimnazjum delendam esse.

    Lubię

  2. To wszystko pięknie brzmi, ale ile zaufania mielibyście do laryngologa, który w trakcie wizyty zacząłby sprawdzać budowę ucha w guglu? Idąc dalej tym tropem – ile zaufania mielibyście na przykład do kapitana samolotu, który tuż przed lotem wertowałby nerwowo manual swojego samolotu? Do kucharza, na którego danie w restauracji czekalibyście godzinę, bo nie mógł znaleźć przepisu w internecie wystarczająco szybko (nie mówiąc o posiadaniu właściwych składników na składzie). Czy korzystalibyście z usług swojego doradcy podatkowego, gdyby jego odpowiedzią na wasze pytania było włączanie laptopa i szukanie rady po sieci? I tak dalej, i tym podobne. Są pewne racjonalne limity tego, o czym możemy nie wiedzeć lub nie pamiętać.

    Oczywiście nie będę się upierał przy temacie posta – mam nadzieję, że jest dość jasne, że jest on trochę reklamowy i nie prezentuje mojej opinii na ten temat (co zresztą wynika też z tekstu).

    Lubię

  3. Proponuje przeczytać ten wpis w blogu 7len:

    http://7len.wordpress.com/2011/12/05/tldr/

    Cytat z w/w bloga, o którym może niektórzy również słyszeli z innych źródeł

    Sokrates twierdził, że pisanie i nauka czytania ogłupi ludzkość, a konkretnie zrujnuje naszą pamięć. Wszystko będzie zapisane, więc nie będziemy mieli motywacji do ćwiczenia swojej pamięci, przez co staniemy się upośledzeni.

    Filozofowie również robią błędy ;-)

    Lubię

  4. To trochę tak jakby powiedzieć, że ogłupiają nas zeszyt i długopis, bo przecież pozwalają zapamiętywać mniej. Tak samo książki — łatwy dostęp do wiedzy innych, wystarczy zapamiętać nazwisko autora i jego główne konkluzje, a w razie potrzeby sięgnąć do źródła…
    Internet jest łatwiejszy, bardziej efektywny, bo już nawet nazwiska pamiętać nie trzeba, ani adresu, a jedynie parę słów kluczowych i umiejętność posługiwania się wyszukiwarką. Nowe technologie dają łatwiejszy dostęp, obecnie niemal natychmiastowy i niemal wszędzie. To przecież dobrze, a nie źle. Zgadzam się z @exu.

    Lubię

    1. trzeba wiedzieć jakie słowa kluczowe użyć (a więc erudycja, pamięć, orientacja w dziedzinie, którą chcemy eksplorować), jak działa pozycjonowanie w wyszukiwarkach. Oczywiście, że internet jest dobry. Ale wymaga dużych umiejętności w odfiltrowywaniu śmieci. Trzeba je filtrować samemu, wyszukiwarka tego nie zapewnia. A nie da się filtrować bez erudycji, wiedzy

      Lubię

  5. Głupszych to nas nie czyni łatwy dostęp, bo nie pomniejsza to indywidualnych zdolności intelektualnych.
    Jednak po prostu nie uczymy się samodzielnego, kreatywnego myślenia.

    No niestety panuje taki schemat – po co mam myśleć, przecież ktoś pomyśli za mnie.
    Jednak z drugiej strony fajnie, że jest łatwy dostęp do wiedzy, bo jednak dużo można się dowiedzieć od innych ludzi, dowiedzieć się rzeczy, na które samemu by się nie wpadło. Każdy ma inne doświadczenia, z których wyciąga wnioski i wiedzę. Dlatego jeden uczy się od drugiego.

    Lubię

  6. Hm, nie zgadzam sie z tytulem tego postu – to, ze gorzej zapamietujemy rzeczy, do ktorych wiemy, ze bedziemy miec dostep pozniej jest bynajmniej nie oznaka glupoty, a raczej zwyklego pragmatyzmu (sila napedowa ewolucji ;) ). Ja sama nie jestem fanka posiadania encyklopedycznej wiedzy, bo takowa niczego nie musi oznaczac – jezeli wiemy gdzie znalezc interesujace nas fakty i umiemy je wlasciwe INTERPRETOWAC i POWIAZAC ze soba w wieksza calosc.. jaki jest sens? Byc moze w takim razie wniosek powinien byc taki, ze Internet zaoszczedza nam masy energii zuzywanej na zapamietywanie i odtwarzanie rzeczy, ktore i tak sa na wyciagniecie naszej reki? Ale super, ze w ogole poruszyles i omowiles ten artkul – w polskich mediach w owym czasie jego publikacja odbila sie bez echa!

    Zapraszam rowniez do dyskusji miedzy innymi nt. popularyzacji nauki na moim blogu katarzynakulma@blogspot.com

    Lubię

    1. Tylko, że ja nigdzie nie powiedziałem, że nie zapamiętywania informacji wiedząc, że będziemy mieli do nich później dostęp, oznacza, że jesteśmy głupi. Jednak nie posiadane tej wiedzy samo w sobie już owszem. Bo tu nie chodzi w końcu o posiadania nie wiadomo jakich zasobów wiedzy encyklopedycznej, ale o pewne minimum, które jeszcze kilka, kilkanaście lat temu powiedzielibyśmy, że każdy człowiek coś sobą reprezentujący powinien posiadać. Ja od nikogo nie wymagam, żeby mi w biegu podawał stolicę Ugandy. Ale jeśli zaczynamy się zastanawiać, co jest stolicą Egiptu albo jeszcze lepiej (i bliżej) – stolicą weźmy na to Mołdawii, no to już zaczyna być niepokojące.

      Dodatkowo należy bardzo uważnie rozróżnić w kontekście tej publikacji między ludźmi mądrymi (posiadającymi olbrzymi zasób wiedzy), a ludźmi mądrymi (o bardzo wysokiej inteligencji).

      No i warto się zastanowić, co by się stało, gdybyśmy nagle stracili dostęp do całego tego elektronicznego zasobu informacji. A jest to znacznie bardziej prawdopodobne – a przynajmniej łatwe do wyobrażenia – niż lemowska papyroliza…

      Lubię

      1. Mysle, ze rozumiem co masz na mysli, ale ja wciaz mam inne podejscie do sprawy :) Przede wszystkim nasza pamiec jest malo solidna: nie tylko ograniczona w zasobach, ale tez subiektywna, wybiorcza i zalezna od kontekstu (emocjonalnego, przestrzennego) w jakim dana informacja zostaje przyswojona. Skoro wiec maszyny sa duzo lepsze w „zapamietywaniu”-zostawmy to im,a my skupmy sie na czyms co wychodzi nam duzo najlepiej-czyli na kojarzeniu i syntezie informacji. Szczegolnie,ze majac szerszy kontekst dla danej informacji, zapamietujemy ja lepiej niz zapamietujac ja ‚na sucho’ – czyli nigdy nie konczymy kompletnie ‚bez wiedzy’. A jeszcze innym tematem na dyskusje moze byc pojecie tzw. ‚wiedzy ogolnej’ czy ‚wiedzy podstawowej’, ktore nie tylko zmienia sie w czasie, ale i przestrzeni (czym innym bedzie taka wiedza dla Amerykanina czy Chinczyka zarowno teraz jak i 50 lat temu). Ja bym posunela to badanie jeszcze dalej i sprawdzila, czy w chwili gdy nie musimy zapamietywac informacji, czy potrafimy lepiej np. tworzyc zwiazki miedzy nimi. I na sam koniec: prawie dwa tygodnie podrozowalam po Moldawii (wlaczajac Kiszyniow) kilka lat temu, a mimo to z trudem przypomnialam sobie nazwe jej stolicy. Co z tego, skoro moge opowiadac o samym kraju, jego ludziach, problemach spolecznych i ekonomicznych? Czy rozumiesz teraz o czym mowie? :)

        Lubię

        1. nie istnieje coś takiego jak myślenie bez wiedzy. To szkodliwy mit. Oczywiście, że potrzebujemy zewnętrznych wspomagaczy, jak książki, twarde dyski, internet, bo nie sposób zapamiętać wszystkiego i nie wszystko warto. Ale specjalistę w danej dziedzinie poznaje się nie tylko po zdolnościach analitycznych, kojarzeniu, rozwiązywaniu problemów, ale również po wiedzy, erudycji i to głębokiej. Gdyby trzeba było za każdym razem sięgać do pamięci zewnętrznej, praca intelektualna (w tym naukowa) byłaby skrajnie nieefektywna. Wyobraźcie sobie ornitologa, który pracując regularnie w Polsce, robiąc np. inwentaryzacje na potrzeby ocen oddziaływania na środowisko różnych inwestycji, za każdym razem, widząc pospolite gatunki – dajmy na to wróbla, bociana czy trznadla – nerwowo wertuje atlas do ptaków, a jak usłyszy śpiew – nagrywa to, wraca do domu, wchodzi na http://www.xeno-canto.org/ i nerwowo przeszukuje tysiące plików, celem znalezienia głosu, który pasuje do charakterystyki (śpiewało znowu jakieś pospolitactwo, np. pierwiosnek albo modraszka). Ponieważ miał tego dnia zinwentaryzować 50 ha terenu, co w przeciętnej okolicy oznacza co najmniej kilkadziesiąt gatunków ptaków, rozpoznanie wszystkiego zajęło mu kilka tygodni. Nie zmienia to oczywiście faktu, że atlas i internet są takiemu specowi niezbędne, ale po to, żeby rozstrzygnąć swoje wątpliwości z oznaczeniem gatunku, który widzi pierwszy raz w życiu, a jest podobny do dziesięciu innych (bo raczej haniebne byłoby, gdyby delikwent widział po raz pierwszy pelikana i nie wiedział co to jest – może sobie sprawdzać, czy to kędzierzawy, czy różowy). Klasyczny przykład z laryngologiem, który sprawdza w trakcie rutynowej wizyty budowę ucha w necie, jest bezbłędny. Przykład przewodnika turystycznego, który nie zna nazw ulic, zabytków, związanych z nimi legend itp., tylko czyta turystom z nerwowo wertowanej książki, albo z palmtopa. Co do kwestii nazw – biolog taksonom (niech będzie już ten ornitolog) nie znający nazw łacińskich „bo przecież można sprawdzić w internecie”. Czyta angielską albo niemiecką publikację, gdzie jest lista gatunków z jakiegoś terenu (swoją drogą ciekawe jak czyta, jak się nauczył tych języków, jeśli nie nauczył się… słówek). Gatunki te same co w Polsce, zna je wszystkie, ich biologię, preferencje siedliskowe, więc może zinterpretować tę listę, tyle, że… nie zna nazw łacińskich (ani polskich swoją drogą). Efekt – sprawdza każdą nazwę w necie, zajmuje mu to cały dzień (normalnie specowi zajęłoby to pięć minut, bo nie musi szukać). Biogeografia – co powiedzielibyście o zoologu czy leśniku (ba, turyście!), który zastanawiałby się, czy spotkane przez niego w lesie pod Warszawą tropy lisa, to przypadkiem nie tropy antylopy. W końcu po co wiedza, że 1) w Polsce nie ma antylop, 2) antylopa jest parzystokopytna, stopy nie mają poduszek ani pazurów (a nawet gdyby takie znalazł, w polskich lasach żyje coś takiego jak sarna), przecież wszystko można znaleźć w necie. Każdy powiedziałby – co za debil!

          a umiejętność korzystania z wiedzy, jej selekcji, odróżniania źródeł wiarygodnych od niewiarygodnych, posługiwania się źródłami, ich wyszukiwania – to istotnie bardzo ważna sprawa. Tyle, że umiejętność ta stopniowo spada. Dziś studenci mają dostęp do naprawdę bezcennego (i niezbędnego dziś) źródła wiedzy, jakim jest internet. Źródła, bez którego rozwój cywilizacji byłby znacznie wolniejszy. A mimo to wielu z nich kompletnie nie potrafi nic w tym internecie znaleźć, a jeśli znajdzie – to same śmieci. „Myśmy nic nie znaleźli na ten temat, szukaliśmy”. Podsyłam linki. Cisza. „O, rzeczywiście”. Mi znalezienie w Googlu tych artykułów zajęło 5 minut, tylko była kwestia odpowiednich słów kluczowych. Słów które znałem, bo mi mózg przesiąkł żargonem mojej dyscypliny, iluś tam przeczytanymi papierami. To przesiąkanie nazywa się po prostu zapamiętywaniem.

          Lubię

  7. może zatem nie tyle łatwy dostęp do wiedzy co świadomość że nie trzeba się wysilać aby ją odnaleźć w razie potrzeby, powoduje że nie wysilamy się aby ją zapamiętać. Nawiasem mówiąc ciekaw jestem jak bez użycia internetu prowadzić dyskusję na blogu?

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s