O rozkoszach bycia publikowanym

źródło: flickr; Gisela Giardino (CC BY-SA 2.0)

Przychodzi taki moment w życiu każdego badacza, że musi zmierzyć się z jednym z najnieprzyjemniejszych a jednocześnie najczęstszych doświadczeń naukowca: przy próbie publikacji wyników spotyka się z mniej lub bardziej uprzejmą odmową.

Tydzień temu znany (w pewnych przynajmniej kręgach) amerykański badacz, Jeff Leek, opisał na blogu, który prowadzi z dwoma kolegami po fachu, historię pewnej swojej publikacji. Praca została pod koniec czerwca opublikowana w jednym z naszych (znaczy mojego pracodawcy) pism, BMC Bioinformatics, i dotyczy walidacji wyników badań genomicznych. Innymi słowy opisuje teoretyczną metodę, która służy sprawdzeniu, czy uzyskane wyniki są statystycznie istotne – co zważywszy ogrom danych produkowanych przez doświadczenia genomiczne może czasem być trudne do stwierdzenia.

źródło: flickr; Gisela Giardino (CC BY-SA 2.0)

Publikacja, zanim trafiła pod strzechy BMC Bioinformatics, została odrzucona w 5 (słownie: pięciu!) innych pismach, a od złożenia jej w pierwszym piśmie do publikacji minęło nieco ponad dwa lata… Pozwólcie więc, że wyliczę, za Jeffem Leekiem, z moim tylko komentarzem do niektórych punktów:

1. Science – praca wysłana 10 czerwca 2010, odrzucona w ciągu niecałych dwóch tygodni bez recenzji:

tak z reguły dzieje się, jeśli publikacja jest uznana za nie leżącą w zakresie tematyki pisma, w pismach wielobranżowych jeśli praca jest zbyt specjalistyczna, wreszcie jeśli prezentowany progres w jakiejś dziedzinie jest niewielki

2. Nature Methods: praca złożona 20. października, odrzucona w ciągu tygodnia bez recenzji.

3. Genome Biology (tu fanfara): praca złożona pierwszego listopada 2010, odrzucona 5. stycznia 2011. Dwóch na trzech recenzentów uważało pracę za interesującą, ale mieli kilka uwag. Ponieważ Leek sądził, że da się to rozwiązać polubownie (czyli w krótkim czasie wprowadzić poprawki, tak aby praca szybko wróciła do tych samych recenzentów i nie musiała przechodzić przez sito od nowa), złożył apelację 10. stycznie, którą zaakceptowano 20. stycznia (czyli ktoś z redakcji przeczytał i uznał, że praca może znowu iść do tych samych recenzentów). Pracę w wersji poprawionej złożono dzień później, zaś miesiąc później została ostatecznie odrzucona, gdyż jeden z recenzentów wciąż nie był szczęśliwy.

4. Bioinformatics: praca złożona 3. marca, odrzucona 13. marca bez recenzji. Tu także Leek złożył apelację, która została odrzucona, gdyż redaktorzy akademiccy uznali, że takich prac jest pełno i ta nic nie wnosi.

5. Nucleic Acids Research: Praca złożona 18. marca, odrzucona tydzień później, ale z zaproszeniem do ponownego złożenia po poprawkach. Złożona ponownie w połowie grudnia (bo się dużo w życiu pana Leeka działo) i ponownie odrzucona na początku obecnego roku. I tu ciekawostka, praca odrzucona została, gdyż jeden z recenzentów miał z nią „problemy natury filozoficznej”.

No i wreszcie 6. BMC Bioinformatics, praca złożona pod koniec stycznia, do recenzji poszła pod koniec marca, ostateczna wersja po zatwierdzeniu przez recenzentów złożona pod koniec maja i miesiąc później, po przewałkowaniu jej przez dział produkcji opublikowana.

Jedna z moich koleżanek, która tak się składa była redaktorem zajmującym się pracą Leeka, skomentowała ten wpis krótko: skoro Leek w takich detalach opisał proces recenzji, to czemu od razu nie ujawnić, co też do powiedzenia mieli recenzenci na temat jego pracy? Z ciekawości rzuciłem okiem, i chociaż oczywiście detali zdradzać nie mogę, powiem tylko, że zaiste byłaby to pouczająca lektura – zwłaszcza dla młodych badaczy, którzy często nie wiedzą, czego się po recenzji spodziewać, czego się od nich przy pisaniu prac oczekuje, albo też – jak ich ktoś o recenzję poprosi – co w tej recenzji powinno się znaleźć.

Nie da się jednak ukryć, że „problemy natury filozoficznej” są powodem bardzo marnych do odrzucenia pracy i śmierdzą szwindlem na kilometr. Nie zarzucam oczywiście nikomu tutaj oszustwa – a raczej chęć odrzucenia publikacji, którą ktoś puścił do recenzji, bo nie był pewien czy odrzucić czy nie, a potem zmienił zdanie (ja teraz pracują nad kilkoma takimi pracami – jak je pierwszy raz czytałem, myślałem, że coś z nich może być, ale nie byłem pewien, lepiej więc było dać to do rozstrzygnięcia recenzentom. Im dłużej o nich myślę jednak, i im więcej się o genomice uczę, bo w końcu specjalistą nie jestem, tym bardziej jestem przekonany, że był to błąd i strata czasu mojego i co gorsza recenzentów). Do tych recenzji wglądu niestety jednak nie mam.

Koniec końców, po tej dwuletniej odysei praca Leeka i współpracowników trafiła na naukowe salony. Ciekawostką tutaj pozostaje to, że od momentu publikacji jest bardzo chętnie czytaną pracą – pisma z BioMed Central pokazują najchętniej czytane artykuły ostatniego miesiąca, i ta praca jest w BMC Bioinformatics obecnie na trzecim miejscu z ponad dwoma tysiącami wejść! (Jeśli czytacie ten post za miesiąc, dwa lub pięć, to może już nie być na tej liście.)

I teraz pytanie do Czytaczek i Czytaczy pracujących na uczelniach i publikujących tu i ówdzie: czy Wam też przydarzyły się takie mrożące krew w żyłach historie? Ile najwięcej czasu musieliście spędzić czekając na odpowiedź z decyzją czasopisma? Wrażeniami proszę dzielić się w komciach…

8 Comments

  1. Coż – dla mnie mój standard oczekiwania na recenzje w czasopismach wirusologiczno/mikrobiologiczno/hematologicznych to 2-3 miesiące…

    A jeśli zaś chodzi o miłe przypadki z recenzentami, to w Journal of Neurovirology jeden z nich urzekł mnie opinią w stylu: „choć real-time PCR jest metodą z wyboru w diagnostyce neuroinfekcji, to samo stwierdzenie obecności wirusowego DNA w płynie mózgowo-rdzeniowym (kilkukrotne) nie jest wyznacznikiem, że wirus ten spowodował dane objawy”. Podobny numer wyciął mi editor-in-chief Bone Marrow Transplantation, pisząc iż badania przeprowadziłem na zbyt małej grupie, po czym za 3 miesiące w tym samym BMT wychodzi podobny artykuł na podobnej liczebnie grupie gdzie jednym ze współautorów jest rzeczony redaktor. Żal…

    Na drugim jednak końcu są recenzje, podobne do tych jakie otrzymałem po pracy wykonanej na grupie 7 osób: ” choć grupa jest liczebnie mała, obserwacje i wnioski skłaniają iż praca powinna zostać opublikowana jak najszybciej”. Miód na moje serce…

    Lubię

    1. W Wielkiej Brytanii spelnianie podstawowych standardow etycznych (czyli niedopuszczenie do takiej sytuacji, jak Twoj przypadek redaktora akademickiego, ktory prace odrzucil, bo chcial opublikowac pierwszy) jest kontrolowane przez Committee on Publication Ethics (COPE). Wiekszosc duzych wydawnictw STEM nalezy/uznaje dzialalnosc i filozofie tej organizacji.

      Problem niestety pojawia sie wlasnie w przypadku redaktorow akademickich, ktorzy prace w czasopismie czesto traktuja jako mily honorowy dodatek do CV i uwazaja, ze standardy przemyslu wydawniczego ich nie dotycza. Znakomitym tego przykladem byl pan Mohamed El Naschie, ktorego przypadek przypomnialo w zeszlym tygodniu Nature, po wygraniu trzyletniego procesu o znieslawienie (nawiasem mowiac, niesamowite sa wyimki z decyzji sadu).

      Oczywiscie takie zachowanie nie jest regula a wyjatkiem, ale z oczywistych przyczyn takie przypadki dostaja najwiecej publicity (i dobrze, bo to najlepszy sposob, zeby takie niemoralne zachowania tepic).

      Lubię

      1. Oczywiście, że to raczej wyjątek (niechlubny) niż reguła…
        Fakt, że przytaczany przeze mnie editor-in-chief BMT ma famę osoby mocno opiniotwórczej w środowisku zajmującym się zakażeniami potransplantacyjnymi. Choć też, jak dobrze się przyjrzeć fama ta jest mocno nadmuchana i przejaskrawiona. Smutne tylko jest, że takie przypadki trafiają się w światowym środowisku naukowym (bo w polskim to typowe).

        Lubię

  2. Science 31
    Nature Methods 19
    Genome Biology 9
    Bioinformatics 5.4
    Nucleic Acid Research 8
    BMC Bioinformatics 2.75

    Hmm… Zjazd w wartości impact factora jest duży… ;-)

    Artykuł jest chętnie czytaną pracą może dlatego, że ludzie wchodzą na nią przez linki z bloga tego naukowca. A teraz – też z twojego bloga. O naukowej popularności powie liczba cytowań, i też nie od razu.

    Ale tak ogólnie, sprawdziłam w Web of Science, że ten JT Leek jest dobry, ma publikacje w bardzo dobrych czasopismach i zacną liczbę cytowań.

    Lubię

    1. Z tym Science to on sam przyznał, że szansa była marna ;) Zjazd jest duży, ale też i nie jestem pewien co do użyteczności jego pracy. Aczkolwiek Science wkrótce potem opublikował podobny artykuł – z drugiej strony to mógł być powód, dla którego odmówili mu w pierwszej kolejności, a nie słaba jakość, wąska tematyka czy coś w tym stylu.

      Pragnę tutaj podkreślić Genome Biology – IF 9. (Punkt porządkowy w dyskusji :)).

      Artykuł był chętnie czytaną pracą jeszcze zanim wpis na blogu Leeka się pojawiał. Co oczywiście wciąż nie znaczy, że będzie cytowany. Takie statystyki mówią głównie bowiem o tym, ile mediów nienaukowych podchwyciło pracę – trochę jak Altmetric (którego działanie można podziwiać dla artykułów z PLoS), który pokazuje w jakich społecznościowych mediach o artykule mówiono, ale wcale nie musi się przekładać na cytowania, które o IF będą potem decydować…

      To że Leek autorem jest w gruncie rzeczy zacnym jest dla wszystkich dobrą lekcją – zwłaszcza dla początkujących badaczy, którzy mają nie wiadomo jakie wyobrażenie o ludziach publikujących regularnie w Science i Nature. Mówi nam po prostu, że nie nazwisko prowadzi do publikacji, ale wyniki.

      Lubię

  3. Są czasopisma, które już obecnie publikują online łącznie z treścią recenzji. Tutaj piszą, że czasopisma BMC też tak mają…

    Czytanie cudzych recenzji jest rzeczywiście bardzo ciekawe i chętnie to robię. Po pierwsze jest pouczające, jeśli chodzi o naukę, jak odpowiadać recenzentom. Po drugie, można stąd uzyskać więcej informacji o badanym problemie – miałam takie przypadki, że treść czyjejś recenzji tłumaczyła mi więcej niż treść jego artykułu.

    Lubię

    1. Jestem tego świadom oczywiście, ale w serii BMC wiem tylko o BMC Cancer. W niektórych artykułach w serii PLoS też się pojawiają komcie z recenzjami (w sensie, że oryginalnymi), ale rzadko i podejrzewam, że jednak tylko wówczas, gdy recenzent się zgodzi, co większość badaczy, w pewnych zwłaszcza dziedzinach, czyni niechętnie. W BMC Cancer to jest już chyba wymóg w tym momencie.

      Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s