Redaktor naukowy – technik czy artysta? (tl; dr; bs)

Inspiracją dla tego wpisu jest krytyka, jaka spadła na mnie na wykopie – jedna z użytkowniczek po rzuceniu okiem na wpis o ENCODE, nazwała mnie kłamczuchem1, a następnie zwyzywała redaktorów naukowych od pracowników technicznych. Próbowałem wyjaśnić, że nie jest to do końca prawda, na co odpowiedzią było stwierdzenie, że to określenie nie było użyte jako pejoratywne – a jedynie opisywało rzeczywistość, więc nie ma się o co obrażać. Ja się nie obrażam. Ale nazwanie redaktora naukowego (co przez to rozumiem za momencik) pracownikiem technicznym można porównać – w środowisku akademickiem – do nazwania pracownikiem technicznym badacza bioinformatyka. Bo jeśli prowadzi badania stosując oprogramowanie, którego sam nie napisał, i analizując dane, których nie wyprodukował, to przecież nie jest niczym więcej jak osobą odpowiedzialną za ‚data input’, wprowadzenie danych do komputera, n’est-ce pas? Oczywiście takie rozumowanie to wierutna bzdura bardzo krzywdząca dla wielu naukowców, którzy prowadzą tego typu badania – ale ilustruje, jak bardzo krzywdzące jest sprowadzenie roli redaktora do osoby, która tylko zarządza korespondencją…

Gdzie kończy się redaktor a zaczyna naukowy?

Po pierwsze wyjaśnijmy zatem, o czym mówimy używając w tym kontekście zwrotu ‚redaktor naukowy’. Polski (i nie tylko) język ma bowiem ten urok, że niemal każda osoba pracująca w jakichkolwiek mediach na stanowisku innym niż portier jest nazywana redaktorem. Czy jest to prowadzący serwisu informacyjnego w radiu, czy dziennikarz piszący plotkarską kolumnę w tabloidzie, czy osoba odpowiedzialna za skład czy inne aspekty produkcyjne – wszystkich wrzucamy do redaktorskiego worka. Redaktor naukowy zaś, przede wszystkim, musi pracować w medium informującym o nauce: a w kontekście, który próbuję opisać, dodatkowo należy dodać – w medium specjalistycznym.

Mamy redaktorów naukowych dwa rodzaje: tych pracujących w działach naukowych gazet i magazynów oraz w pismach popularnonaukowych, oraz tych ze specjalistycznych żurnali publikujących oryginalne badania naukowe. I tutaj chciałbym słów kilka poświęcić tym drugim; i tych drugich będą dalsze dywagacje dotyczyć. Nie oznacza to, że część z tych aspektów nie dotyczy redaktorów naukowych gazet i pism popularnonaukowych. Nie oznacza to, że są oni w jakikolwiek sposób gorsi (ani lepsi). Po prostu: mają oni innego rodzaju misję, innego rodzaju publikę, innego rodzaju materiały i innego rodzaju narzędzia: porównywanie tych dwóch zawodów mija się więc z celem.

Redaktor redaktorowi nierówny

Przenieśmy się teraz wyobraźnią w otoczenie anglosaskie. Urok naukowego biznesu wydawniczego jest bowiem taki, że większość dużych wydawnictw ma swoje główne siedziby albo w Wielkiej Brytanii albo w Holandii albo w Niemczech, a językiem podstawowym w funkcjonowaniu wydawnictwa jest angielski. Wchodzimy zatem do biura takiego wydawcy i witamy się po kolei z różnymi osobami. Jedna rzecz, na którą szybko zwrócimy uwagę, to to, że niemal każda z przedstawianych nam osób ma w tytule stanowiska ‚redaktora‚ (a nie mówiłem?). Litania jest długa i uwzględnia takie pozycje jak assistant/associate editor, managing editor, production editor, senior editor, editor-in-chief, journal develpment editor, acquisition editor, section editor, academic editor

Część z tych redaktorów zajmuje się rozwojem biznesowym żurnali (acquisition/journal development) i ich kontakt z nauką ogranicza się do ścigania badaczy na konferencjach i tłumaczenie, że naprawdę, zdecydowanie, koniecznie powinni swoją pracę opublikować w piśmie X czy Y, które to pismo najlepiej odpowiada im tematyką, a do tego zapewni im dużą czytalność. I ewentualnie do kontaktu z bibliotekarzami próbując ich przekonać, że powinni to pismo X czy Y subskrybować, bo przecież takie wybitne naukowe sławy w nim publikują. Z kolei następna część redaktorów zajmuje się produkcją – i ci rzeczywiście w dużej mierze są po prostu redaktorami technicznymi odpowiadającymi za skład, za to że ilustracje są w dobrej rozdzielczości i że w tekście nie ma literówek.

No i wreszcie mamy rzeszę redaktorów pracujących w bezpośrednim kontakcie z autorami i recenzentami, których praca mieści się właśnie na tym etapie procesu: pomiędzy złożeniem pracy w piśmie, poprzez proces wstępnej selekcji (czasem), przez recenzję, aż do momentu wydania decyzji „tak, publikujemy” i wysłania pracy do redaktorów produkcyjnych. I to tych właśnie redaktorów mam na myśli, gdy mówię ‚redaktor naukowy’2.

Redaktor naukowy – akademik czynny czy zaprzeszły?

Kolejne wyjaśnienie musi dotyczyć tego, jak działają pisma naukowe. Zasadniczo (i dla uproszczenia) można powiedzieć, że mamy dwa rodzaje pism: pisma, które mają pełnoprawną, pełnoetatową redakcję, oraz pisma kierowane przez czynnych akademików. Wszystkie pisma naukowe, niezależnie od rodzaju, posiadają rady doradcze złożone z czynnych naukowców, którzy są specjalistami w dziedzinie, w której dany żurnal publikuje, i którzy służą głównie jako ambasadorowie pisma wśród swoich kolegów, a często też pismo wspierają jako konsultanci.

W pismach mniejszych i nierzadko bardzo specjalistycznych redaktorem naczelnym także jest akademik – nazywany wówczas Editor-in-Chief (czy też Chief Editor) – któremu, w zależności od skali żurnala, mogą pomagać kolejni badacze nazywani Section Editors lub po prostu Academic Editors (lub jeszcze coś innego w ten deseń). Taki redaktor naczelny odpowiada za ogólny kierunek rozwoju pisma, podejmuje – sam lub z pomocą swoich kolegów redaktorów – decyzje dotyczące akceptowania prac do recenzji, zarządza procesem recenzji wyszukując adekwatnych naukowców z odpowiednim doświadczeniem i tak dalej, i tym podobne. Domy wydawcznicze takim pismom zapewniają zazwyczaj obsługę jednego lub dwóch redaktorów zarządzających – odpowiedzialnych za stronę techniczną i biznesową, ale nijak nie uwikłanych w decyzje merytoryczne dotyczące polityki pisma czy przyjmowania/odrzucania prac.

Wiele większych pism, często będących flagowymi żurnalami wydawnictw, posiada jednak pełnoetatowych redaktorów zajmujących się wstępną selekcją prac i zarządzaniem procesem recenzji. Osoby te – w odróżnieniu od redaktorów akademickich – często nie są specjalistami w danej dziedzinie. To powiedziawszy muszę zaznaczyć, że pisma posiadające takie redakcje, to często pisma o bardzo szerokim wachlarzu tematyki: klasycznym przykładem niechże będzie Nature, które publikuje prace z zakresu nauk przyrodniczych i technicznych. Ma więc redaktorów odpowiedzialnych za biologię, chemię czy fizykę, ale niekoniecznie muszą oni akurat być specjalistami od genomiki, chemii polimerów czy fizyki cząstek elementarnych! Nie są to jednak osoby wzięte z ulicy – jednym z podstawowych wymogów na tego typu redaktora (w odróżnieniu od wszystkich innych wymienionych przeze mnie w poprzedniej sekcji stanowisk) jest posiadanie doktoratu z danej dziedziny.

Taki redaktor może więc nie być w stanie powiedzieć, czy złożona do recenzji praca jest do końca poprawna – czy na przykład zastosowanie jakiegoś odczynnika w danym stężeniu ma sens czy nie. Od takich właśnie detali są recenzenci – to oni są specjalistami w bardzo wąskiej dziedzinie, to oni mają wyłapać problemy dotyczące eksperymentalnych szczegółów. Nie oznacza to jednak, że redaktor naukowy nie jest w stanie ocenić pracy merytorycznie do pewnego stopnia sam. Będąc, było nie było, kiedyś w swoim życiu aktywnym badaczem, posiada jednak minimum doświadczenia, żeby po pierwsze być w stanie orzec, czy dana praca jest interesująca, czy leży w zakresie tematycznym pisma, czy będzie interesująca dla jego czytelników, czy reprezentuje postęp w swojej dziedzinie, a jeśli tak, to jaki. I wreszcie – jeśli są z nią problemy merytoryczne bardzo oczywiste, co też się zdarza3, może już na wstępie autorom podziękować, oszczędzając czas i energię nie tylko sobie, ale i recenzentom, którzy musieliby przez pracę przebrnąć, zanalizować ją i ocenić.

Jak zatem wygląda dzień pracy redaktora naukowego? Tu oddać muszę Platynie trochę sprawiedliwości: pomimo tego, co napisałem w poprzednim akapicie, wiele pracy przez nas wykonywanej jest dość techniczne – korespondencja z autorami, korespondencja z recenzentami lub konsultantami, poszukiwanie odpowiednich recenzentów i błaganie ich (i tak czasem bywa), by zgodzili się tę czy inną pracę zrecenzować: wszystko to nosi znamiona pracy bardzo technicznej i automatycznej. Nie ukrywajmy jednak – większość zawodów takie elementy posiada.

Z życia redaktora

Zanim jednak dojdziemy ze złożoną do nas pracą do etapu korespondencji z kimkolwiek, redaktor naukowy dokonuje wstępnej oceny pracy. Tak, każda praca nadsyłana do pisma jest przez kogoś czytana w (niemal) całości. I oceniana pod kątem tego, jak jest napisana i jakie prezentuje wyniki, czego dotyczy i czy jest to temat interesujący. Jaki postęp w swojej dziedzinie reprezentuje4. Czy są inne publikacje na ten sam temat i jak bardzo różnią się wyniki – bo (tu kolejna bolączka nauki) żaden, czy też prawie żaden, żurnal nie będzie publikował wyników powtarzających czyjeś odkrycia. Czy badania były przeprowadzone w sposób etyczny (tak, to też podlega – musi podlegać – ocenie).

Praca, która dostanie pozytywną redaktorskę opinię na tym etapie – a dodać muszę, że tego typu decyzje nigdy nie są podejmowane samodzielnie, właśnie po to, żeby uniknąć sytuacji, w której praca jest potraktowana jako nieciekawa przez redaktora, który po prostu nie jest do końca specjalistą w danej dziedzinie – jest wysyłana do recenzji. I rozpoczyna się żmudny, ‚techniczny‚ proces wyszukiwania odpowiednich akademików i rozsyłania tysięcy emaili. I aż strach pomyśleć, jak to wyglądało w erze przedinternetowej.

Zadania redaktora nie ograniczają się jednak tylko do tego. Wiele pism produkuje także prace przeglądowe, które są badaczom zlecane przez redakcję. Te prace – tak jak i oryginalne prace badawcze – także poddawane są recenzji, ale z definicji nie muszą prezentować oryginalnych wyników, a już zwłaszcza nie w takich stopniu jak prace badawcze. I tu wpływ na zawartość pracy redaktor ma znacznie większy: podejmuje bowiem przede wszystkim decyzję na temat tego, czego taka przeglądówka będzie dotyczyć. To zaś oznacza, że musi być na bieżąco z ostatnimi publikacjami, żeby wiedzieć, jaka dziedzina czy działka tej czy innej dyscypliny rozwija się prężnie, a jest niewystarczająco jeszcze doceniona przez ogół naukowców. Musi rozumieć, jakie badania są interesujące na tyle, żeby praca przeglądowa na ten temat przyciągnęła więcej niż dwóch czytelników. Musi wreszcie być w stanie ocenić, jaki naukowiec jest najbardziej odpowiednią osobą do pisania takiej pracy.

W podobny sposób zlecane są teksty newsowe. Regularni czytelnicy Nature czy innych pism w tym stylu będą zaznajomieni z działami typu News and Views, czy Research Highlights: publikującymi nieco bardziej popularnonaukowe (ale wciąż adresowane do osób z jakimś tam bazowym poziomem wiedzy naukowej) teksty o interesujących badaniach opublikowanych niedawno albo w danym piśmie albo nierzadko gdzieś u konkurencji. Jeśli chodzi o redaktora, zasady są tutaj niemal te same, co w przypadku prac przeglądowych. Różnice są zasadniczo tylko dwie: po pierwsze, tego typu teksty nie są recenzowane. Po drugie zaś, redaktor może ingerować w taki tekst, jeśli uważa, że styl jest zbyt fachowy albo po prostu kiepski, jeśli nie podoba mu się ten czy inny zwrot, jeśli tytuł jest za długi, za krótki, za mało chwytliwy.

Jak redaktor naukowy kształtuje naukę

No i wreszcie ten ostatni aspekt pracy redaktora naukowego. Nie funkcja – bo nie leży to ani w sferze jego obowiązków, nie jest narzucone przez biznes, a już na pewno nie jest popierane czy lubiane przez badaczy. A jednak pozostaje jednym z najważniejszych produktów ubocznych naszej pracy: kształtowanie kierunku rozwoju nauki.

I tu powinna podnieść się wrzawa ze strony naukowców (jeśli jacyś to czytają). No bo jak to, co to, skandal i granda. Jedynymi odpowiedzialnymi za rozwój nauki są osoby, które wymyślają i przeprowadzają badania i potrafią sensownie zinterpretować wyniki. Takie podejście, to jednak nieusprawiedliwiona mania wielkości. Za to, w jakim kierunku rozwija się nauka, odpowiadają bowiem instytucje, organizacje, prywatne przedsiębiorstwa finansujące badania, decydując na co wydadzą pieniądze. Odpowiadają za to, o zgrozo, politycy wspierani przez różnego rodzaju grupy wsparcia i think-tanki.

A przede wszystkim odpowiadają za to właśnie pisma naukowe. I jest to niekochana przez środowisko naukowe samonapędzająca się machina: pisma (czyt. redakcje) szukają prac, które są przełomowe; które mają olbrzymi potencjał odkrywczy; które otwierają przed nami morze możliwości często dosłownie tworząc nowe dziedziny nauki. Tylko takie publikacje zapewnią bowiem cytowania, które z kolei zapewnią wysoki impact factor5. Badacze zaś śledzą te pisma na bieżąco, obserwując trendy i odkrycia, żeby móc wstrzelić się tematycznie ze swoimi badaniami w to, co właśnie jest na topie, wcześniej niż wszyscy inni. Redaktorzy natomiast śledzą, jak się sytuacja rozwija i jeśli wygląda obiecująco – zlecają prace przeglądowe. Pojawienie się pracy przeglądowej zazwyczaj oznacza, że nowa dziedzina zaczyna nabierać rozpędu, że jest ugruntowana, że stosuje rzetelną metodologię, co powoduje, że jeszcze więcej osób zaczyna się nią zajmować.

Można więc powiedzieć, że trendy w nauce w największym stopniu kształtuje delikatna równowaga pracy naukowych wizjonerów (tych z ‚pierwszymi’ publikacjami na temat) oraz redaktorów, którzy te publikacje muszą wyłowić z morza składanych prac – a zapewniam Was, że nie zawsze jest to łatwe, a rewolucyjność odkrycia nie zawsze oczywista.

Jak nauka kształtuje redaktora naukowego

Żeby więc być w stanie robić to właśnie: pozostawać na czele naukowej awangardy i potrafić docenić odkrycie wielkiego formatu zanim pojawi się na okładce konkurenyjnego periodyku, redaktorzy naukowi muszą się cały czas kształcić, cały czas uczyć, cały czas czytać nie tylko prace składane w ich pismach, ale i to, co publikują pisma konkurencyjne. Muszą jeździć na seminaria i konferencje oraz na wizyty w laboratoriach badawczych na całym świecie. Po to, żeby nawiązywać znajomości z dobrymi badaczami i zachęcać ich do publikacji w danym piśmie, ale też i po to, żeby – w pierwszej kolejności – zrozumieć, czy w ogóle warto.

Są więc redaktorzy naukowi trochę jak wieczni studenci na dobrych uczelniach: są na bieżąco z najnowszymi odkryciami nauki, uczą się cały czas i od najlepszych. I jest to coś, co mamy wspólnego z wieloma światowej klasy badaczami.

Na koniec aż się ciśnie na usta/oczy rysunkowy komentarz poczyniony przez Emanuela Kulczyckiego na temat tego, jak często nierozumiany jest przez naukowców proces wydawniczy – co zapewne prowadzi do tego, że jesteśmy postrzegani jako osoby techniczne, których wkład w pracę naukową samą w sobie jest nijaki… Rysunek dotyczy publikacji książek, ale zapewniam, że jest tak samo adekwatny w odniesieniu do czasopism.

Redaktor naukowy: wszystko to, co mieści się w punkcie drugim. /źródło: Emanuel Kulczycki (CC BY 3.0)

1. To jest oczywiście wyolbrzymione – Platyna zwróciła uwagę na nieścisłości w mojej notce oraz w opisie tej notki wykonanym przez użytkownika, który ją na wykopa wrzucił. Nie ukrywam jednak, że sklasyfikowanie jej jako „nieprawdziwej” trochę mnie ubodło, zwłaszcza że inni użytkownicy poszli śladem Platyny, prawdopodobnie kierując się jej opinią. Cóż, taki urok internetu. Niemniej jestem jej bardzo zobowiązany za konstruktywną krytykę i za bycie zalążkiem tego wpisu ;)

2. Uff, to była długa droga do wyjaśnienia prostego pojęcia.

3. Klasyczny przykład: ‚Przeprowadziliśmy pomiar Z na pięciu osobnikach w różnym wieku, różnej płci i różnych stanie zdrowie, należących do egzotycznego średnio interesującego gatunku i na tej podstawie wyciągamy wnioski dotyczące molekularnych mechanizmów ważnych procesów biologicznych mających miejsce we wszystkich organizmach żywych’. Nawet przedszkolak by zauważył, że coś z taką pracą jest nie tak…

4. Pisma tego typu, to periodyki o wysokich impact factorach – jedyną zaś metodą utrzymania wysokiego faktora jest publikowanie badań, które prezentują wyniki a. rewolucyjne, b. kontrowersyjne, c. bardzo zaawansowane, bo tylko takie zapewnić mogą wysoką cytowalność późniejszej publikacji. Brzmi to może trochę nie fair, trochę strasznie, trochę okropnie, ale to jest po prostu proza naukowego życia. I każdy badacz jest tego świadom i wie, że jeśli chce mieć publikację w Nature, to nie wystarczy powiedzieć, że krowa jest inna od konia – musi jeszcze zsekwencjonować genom jednego i drugiego, porównać je, wykonać dodatkowe doświadczenia potwierdzające analizę, wykonać dalszą analizę, a jakby jeszcze mógł dorzucić do tego genom osła, to już w ogóle by było cacy.

5. Impact factor to jest nieznawidzone dziecko systemu oceny nauki. Nikt go nie lubi, wszyscy wiedzą, że jest niesprawiedliwy, nieobiektywny i łatwy do zmanipulowania, ale jednocześnie pisma na głównych stronach z dumą prezentują najnowszy zdobyty IF, badacze zaś do grantów wpisują przede wszystkich prace opublikowane w pismach o wysokim IFie, nawet jeśli mają lepsze w pismach o nieco niższym faktorze (co wcale nie oznacza, że gorszych!).

Advertisements

7 Comments

  1. „Mamy redaktorów naukowych dwa rodzaje: tych pracujących w działach naukowych gazet i magazynów oraz w pismach popularnonaukowych,”

    Osobiście nie nazwałbym bym tych osób redaktorami naukowymi. Najwyżej popularnonaukowymi. W moim osobistym odczuciu różnica między nimi a redaktorami z naukowych żurnali jest gigantyczna, a i zadania inne.

    Lubię

    1. Zgadzam sie z tym jak najbardziej, co zreszta wyrazilem w koncowce tego akapitu:

      Nie oznacza to, że są oni w jakikolwiek sposób gorsi (ani lepsi). Po prostu: mają oni innego rodzaju misję, innego rodzaju publikę, innego rodzaju materiały i innego rodzaju narzędzia: porównywanie tych dwóch zawodów mija się więc z celem.

      Inna sprawa jest to, ze nikt takiego autora popularno-naukowym nie nazwie w potocznej konwersacji. I jest tez taki redaktor bardzo czesto takze autorem. Jezyk angielski jest tu bardziej precyzyjny o tyle, ze redaktorow/pisarzy nazywa po prostu ‚science writers‚.

      Lubię

  2. Wydaje mi się, ze Pan prezentuje trochę dziecinne podejście do nauki i procesu wydawniczego. W mojej dziedzinie (powiedzmy nauki ścisłe teoretyczne) nie ma zwyczaju, że ktoś jest członkiem redakcji, tzn. osobą która decyduje o przyjęciu/odrzuceniu pracy, w nieskończoność. W czołowych czasopismach kadencja trwa 4-8lat. Po tym okresie są wybory do rady redakcyjnej. Choć tak czasami nie jest w lokalnych czasopismach. Reguła ta pozwala, na urozmaicenie tematyki reprezentowanej przez czasopismo.
    Ja bym również nie przeceniał odpowiedzialności (wpływu) pism naukowych na naukę. O tym czy coś jest ważne nie decyduje redaktor, tylko wpływ zawartości pracy na innych, (np. cytowania). Znam masę przykładów odrzucenia przełomowych prac w jednym miejscu, które później ukazują się w innym, równie dobrym miejscu.

    Lubię

    1. Dyskusja zaczęła się od nazwania redaktorów pracownikami technicznymi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mówiłby tak o redaktorach akademickich – i rozróżnieniu tego służył ten monstrualnie przydługi wstęp do postu. Redaktorzy naukowi, o których mi chodziło – pełnoetatowi pracownicy dużych, często (choć nie zawsze) multidyscyplinarnych pism, nie są aktywnymi naukowcami, chociaż kiedyś nimi byli (a często też wracają na uczelnię). I to w ich (czyli też swojej) obronie niejako stanąłem.

      Tacy redaktorzy nie są wybierani – to jest normalna, niezależna ścieżka kariery.

      Co do mojego dziecinnego podejścia i przeceniania wpływu pism na naukę, odsyłam do tego akapitu w tekście:

      Można więc powiedzieć, że trendy w nauce w największym stopniu kształtuje delikatna równowaga pracy naukowych wizjonerów (tych z ‘pierwszymi’ publikacjami na temat) oraz redaktorów, którzy te publikacje muszą wyłowić z morza składanych prac – a zapewniam Was, że nie zawsze jest to łatwe, a rewolucyjność odkrycia nie zawsze oczywista.

      Żadne pismo nie będzie przecież kształtować trendu, jeśli nie ma naukowca, który najpierw wpadł na genialny pomysł. Myślałem, że to jest jasne z tego kawałka, ale jeśli nie było, to przepraszam. Co do odrzucanych prac przełomowych: oczywiście, że tak się dzieje, i to znacznie częściej niż byśmy chcieli (vide: ostatnie zdanie powyższego cytatu). Na obronę redaktorów naukowych dodam, że takie prace często są odrzucane po konsultacjach z recenzentami, którzy mimo wszystko będąc specjalistami w dziedzinie powinni mieć lepsze wyczucie co do tego, co jest rewolucją, a co nie jest… Należałoby tutaj jednak dodać, że na każdą taką odrzuconą pracę przypada zapewne kilka, które jednak zostały opublikowane (a potem były cytowane).

      Lubię

      1. Ja oczywiście nie twierdze, że redaktorzy są pracownikami technicznymi. Aczkolwiek jeszcze nie spotkałem się z przypadkiem aby osoby które decydują o przyjęciu/odrzuceniu prac nie byli czynnymi naukowcami, publikującymi, wykładającymi (jeśli mają taką możliwość), promującymi, uczestniczącymi w konferencjach, tzn. „Tacy redaktorzy nie są wybierani – to jest normalna, niezależna ścieżka kariery.” nie jest prawdą w dużej części nauk ścisłych. Nikt by nie dopuścił aby „decydującym redaktorem” był ktoś nieaktywny naukowo (z wyjątkiem osób na emeryturze).
        Natomiast znam parę przypadków zaprzestania kariery naukowej na rzecz pracy w redakcjach w roli korektora/sekretarza lub osoby która zamawia teksty przeglądowe, ale nie decyduje o przyjęciach artykułów; lub pracy w agencjach fundujących granty na etacie specjalisty od czegoś.

        Lubię

        1. nie jest prawdą w dużej części nauk ścisłych

          Wręcz przeciwnie. Jest to prawdą w większości dziedzin – ale pism takich, z pełnoetatowymi redakcjami jest niewiele (bo to oczywiście kosztuje). Jednak takie redakcje ma bardzo wiele pism z grupy NPG (Nature itp.), Science, co najmniej kilka w BioMed Central (z Genome Biology na czele), kilka – nie wiem czy wszystkie – z grupy PLoS, wiele (też nie wiem dokładnie ile) z pism chemicznych wydawanych przez Royal Society of Chemistry (a należy do tej grupy wiele z najlepszych chemicznych periodyków).

          Istotne jest tutaj to, że decyzje takie, podejmowane przed recenzją, rzadko są decyzjami opartymi na przesłankach merytorycznych (czyli: praca jest zła, bo na przykład zły jest plan eksperymentu), ale raczej na przesłankach trendowych (czyli: praca jest odrzucana, bo prezentowane wyniki nie są wystarczająco powalające na kolana – patrz przypis czwarty w notce i przykład krowiego genomu). Prace zresztą są na tym etapie nie tyle odrzucane, co przekierowywane do bardziej specjalistycznych periodyków. Gdzie sprawiedliwość oddać im może redaktor – akademik…

          Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s