Historyczna diagnostyka: kazus biblijny

Diabeł, chociaż raczej nie taki od opętać. Bo każdy temat jest dobry, żeby we wpisie umieścić zdjęcie przytulnego zwierzaka. /źródło: wiki; Chen Wu (CC BY 2.0)

Gdy Jezus przyszedł do domu Piotra, ujrzał jego teściową, leżącą w gorączce. Ujął ją za rękę, a gorączka ją opuściła. Wstała i usługiwała Mu.

Mt  8:14-15

Wiem, że o Biblii czytujecie tutaj rzadko. Dzisiaj będzie wyjątek. Powyższy cytat z ewangelii św. Mateusza opisuje przypadek uzdrowienia kobiety, którego Jezus dokonać miał poprzez dotyk. Taka tam historia z gatunku tych, co to w Biblii jest ich na pęczki. Co ją wyróżnia?

ResearchBlogging.orgOtóż wyróżnia ją to, że w 2010 grupa autorów z Chin potraktowała ją bardzo poważnie jako medyczny kazus. W pracy opublikowanej wówczas w specjalistycznym piśmie Virology Journal badacze przeanalizowali opis tego przypadku zawarty w trzech ewangeliach, w których się pojawia, pod kątek objawów, „terapii” oraz potencjalnej diagnozy.

O chorobie kobiety wiadomo w zasadzie tylko tyle, że miała bardzo wysoką gorączkę i że gorączka ta ustąpiła bardzo nagle – zbiegając się w czasie z dotykiem Jezusa (chwała autorom przynajmniej za to, że nie próbują doszukiwać się tutaj związku przyczynowo-skutkowego). Autorzy autorytatywnie stwierdzają, że chora cierpiała na schorzenie wystarczająco poważne, aby być przykutą do łóżka – z żalem jednak dodają, że św. Łukasz, jedyny lekarz wśród ewangelistów, nie mógł podać dokładnej temperatury, gdyż skala Fahrenheita została wynaleziona dopiero w 1724 roku.

Następnie badacze wywodzą, że choroba nie była żadną poważną infekcją bakteryjną, taką jak np. sepsa, ani zapalenie wsierdzia, gdyż te schorzenia nie ustępują tak gwałtownie, jak w opisanym przypadku. Wykluczają też choroby autoimmunologiczne, takie jak np. toczeń rumieniowaty układowy, ponieważ Biblia nie wspomina o żadnych wysypkach, a tego typu objaw z całą pewnością by się pojawił.

Dochodzą zatem autorzy do wniosku, że musiał to być wirus – najprawdopodobniej grypy. Krótki czas trwania choroby, wysoka gorączka i nagłe dojście do zdrowia, wszystkie pasują do symptomów pojawiających się właśnie przy grypie. Ale badacze nie zostawiają sprawy na takim wstępnym etapie, o nie! Następnie bowiem analizują bardzo dokładnie, który z licznych wirusów grypy mógłby być odpowiedzialny: grypy, ptasiej grypy, paragrypy, a może nawet takie paskudztwo jak SARS-CoV lub jakiś adenowirus? Te dwa ostatnie szybko jednak wypadają ze stawki, gdyż wiążą się z problemami z układem oddechowym, które nie zakończyłyby się tak szybko. Ponieważ nie wiadomo, czy kobieta była w kontakcie  drobiem lub świniami, nie da się rozstrzygnąć czy miała szansę na kontakt z wirusem ptasim lub świńskim.

Kiedy czytając pracę wydaje się, że dalej już się nie da nic wymyśleć, autorzy raczą nas alternatywną diagnozą: wysoką gorączkę połączoną z szybkim uzdrowieniem tłumaczyć może zatrucie np. atropiną, alkaloidem występującym w pokrzyku wilczej jagody, a obecnie stosowanym wciąż czasem w medycynie.

No dobrze, macie dość?

Diabeł, chociaż raczej nie taki od opętać. Bo każdy temat jest dobry, żeby we wpisie umieścić zdjęcie przytulnego zwierzaka. /źródło: wiki; Chen Wu (CC BY 2.0)
Diabeł, chociaż raczej nie taki od opętać. Bo każdy temat jest dobry, żeby we wpisie umieścić zdjęcie przytulnego zwierzaka. /źródło: wiki; Chen Wu (CC BY 2.0)

A to jeszcze nie koniec! Otóż jest jeszcze trzecia możliwość, jak piszą autorzy. Otóż możliwe, że choroba była spowodowana przez demona lub diabła – takie przypadki są nam w końcu znane z innych biblijnych opisów. Jednakże trzeba zwrócić uwagę na to, że u tej konkretnej kobiety nie występowały konwulsje, więc ta ostatnia możliwość jest mało prawdopodobna.

Na koniec przyznam się bez bicia. Tak, Virology Journal jest wydawany przez BMC. I nie, nie wiem, jakim cudem ta praca została dopuszczona do publikacji. W obronie wydawcy mogę powiedzieć tylko tyle, że ten periodyk jest zarządzany przez redaktorów akademickich. Co też nikogo nie tłumaczy, zwłaszcza gdy się uwzględni, że zazwyczaj publikuje jednak bardzo rozsądne, nawet jeśli niespecjalnie ciekawe, prace. Podejrzewam, że być może jakiś redaktor uznał to za świetny żart, recenzenci potraktowali to jako efekt prima aprilisowego dowcipu i koniec końców przez serię przeoczeń jakoś się to opublikowało. Na usprawiedliwienie dodam też, że praca została już wycofana – i to zresztą bardzo szybko, bo opublikowano ją 21 lipca, a retrakcji dokonano 13 sierpnia, czyli w ciągu trzech tygodni.

Nota retrakcyjna obwieszcza:

Redaktor Naczelny Virology Journal oraz autorzy tego artykułu zgadzają się, że praca nie dostarcza solidnych danych wymaganych zazwyczaj od opisywanych kazusów i że poczynione w niej obserwacje są w większości spekulacjami. W tych okolicznościach artykuł nie spełnia kryteriów kazusu i  oraz wysokich standardów oczekiwanych od pisma. Autorzy i Redaktor Naczelny zgodzili się niniejszym na wycofanie artykułu.

Więc taki (trochę) pozytywny akcent na koniec: nauka jest jednak samoregulującym fenomenem.

Przypisy:

1. Hon, K., Ng, P., & Leung, T. (2010). Influenza or not influenza: Analysis of a case of high fever that happened 2000 years ago in Biblical time Virology Journal, 7 (1) DOI: 10.1186/1743-422X-7-169

2. Hon, K., Ng, P., & Leung, T. (2010). Retraction: Influenza or not influenza: Analysis of a case of high fever that happened 2000 years ago in Biblical time Virology Journal, 7 (1) DOI: 10.1186/1743-422X-7-190

8 Comments

    1. Blokada pisarska była interesującym dowcipem, który pokazał, że naukowcy też mają poczucie humoru. No a poza wszystkim innym, obie te prace, wraz z towarzyszącym im komentarzem, po prostu były śmieszne.

      Powyższy artykuł raczej żartem nie był – gdyby był, to nie zostałby wycofany (a raczej, pojawiłby się w pierwszej kolejności za zgodą redaktora naczelnego). Gdyby był żartem nieoczywistym, a redakcji zwrócono uwagę, że jest to niejasna sytuacja, sprawę można byłoby załatwić wstępniakiem. Retrakcja jest dla mnie dowodem tego, że artykuł był na serio (żaden autor nie zgodziłby się na retrakcję dla żartu! To jest wieczna plama na honorze).

      Lubię

      1. Słusznie prawisz. Trudno mi jednak do tego podchodzić jak do zwykłego incydentu wynikłego z braku przemyślenia publikacji. Rozumiem efekt ojcowski wśród autorów, ale ktoś musiał w tym łańcuchu decyzji chociaż przeczuwać, że coś tutaj nie gra.

        Lubię

    1. Wcześniej krzyczał, że treści są z wykopu. Zrobiłem, ile mogłem, jak się nic nie zmieni za dzień, dwa, to będę próbował dalej (w narzędziach administracyjnych google’a sam google nie wykrywa żadnego malware’u na blogu, więc nie wiem, o co mu chodzi).

      Lubię

    1. No tak, ale to już raczej nie wina wydawców, ani samego mechanizmu, a raczej lenistwa autorów (bo nie chciałbym nikogo oskarżać o celowe cytowanie błędnych danych).

      Nawiasem mówiąc, mam teraz taką pracę, w której cytowano dane z publikacji, która została w międzyczasie wycofana. I w poprawkach autorzy uwzględnili to – pod kątem zarówno danych, które brali pod uwagę, jak i samego cytowania oczywiście. Czyli da się – trzeba tylko chcieć.

      Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s