Doświadczenie nie zawsze pomaga himalaistom

Mt. Everest /źródło: wiki; CC BY-SA 2.0

Zaledwie dwa tygodnie temu polska ekspedycja pod dowództwem Krzysztofa Wielickiego dokonała pierwszego zimowego wejścia na jeden z trzech opierających się zimowych atakom ośmiotysięczników: Broad Peak (8047 m). Wyprawa, pomimo alpinistycznego sukcesu, zakończyła się tragicznie: dwóch wspinaczy, Maciej Berbeka oraz Tomasz Kowalski, nie dotarło po zdobyciu szczytu do obozu IV i po kilku dniach poszukiwań uznano ich za zmarłych.

Podczas gdy Berbeka był himalaistą niezwykle doświadczonym, Kowalski na ośmiotysięcznikach stawiał dopiero pierwsze kroki. Można się zatem zastanawiać, jaki wpływ mogło mieć doświadczenie, lub jego brak, na losy polskich wspinaczy. Słynny himalaista, Ed Viesturs, powiedział kiedyś, że jeśli uczy się czegoś w czasie każdej wyprawy, to pomaga mu to stawać się lepszym wspinaczem – szybszym, silniejszym, bardziej inteligentnym i wydajnym, dzięki czemu każda kolejna wyprawa staje się bezpieczniejsza. Rolę doświadczenia łatwo jednak przecenić: wspinacze (i nie tylko wspinacze) z dużym doświadczeniem mogą łatwo paść ofiarą arogancji i wyolbrzymionej wiary we własne siły. Możemy oczywiście gdybać dalej na ten temat, ale po co – skoro literatura naukowa dostarcza nam bardzo jednoznacznej odpowiedzi.

ResearchBlogging.orgW 2012 roku brytyjskie pismo British Medical Journal opublikowało pracę trójki amerykańskich badaczy, którzy przeanalizowali wszystkie ekspedycje na himalajskie szczyty w Nepalu, które miały miejsce między 1970 rokiem a wiosennym sezonem wspinaczkowym w roku 2010. W swojej analizie uwzględnili 23 995 wspinaczy, którzy w sumie wzięli udział w ponad 39 tysiącach wyjść ponad poziom obozu głównego, z czego ponad 23 tysiące miały miejsce na ośmiotysięcznikach. Autorzy przyjrzeli się też temu, jak na „przeżywalność” wpłynęło rozpoczęcie prowadzenia ekspedycji komercyjnych w Himalajach.

Mt. Everest /źródło: wiki; CC BY-SA 2.0
Mt. Everest /źródło: wiki; CC BY-SA 2.0

Przeciętny himalaista na przestrzeni ostatnich 40 lat był 32-letnim mężczyzną. Większość uwzględnionych himalaistów (71%) na zdobywane szczyty wchodziła tylko raz. 40% wejść na szczyty było wykonane przez osoby, które miały na tych szczytach wcześniejsze doświadczenie. O połowę więcej wejść miało miejsce na szczyty powyżej 8000 metrów n.p.m.

Gdy spojrzeć na ekspedycje komercyjne, okazuje się, że ich uczestniczy częściej na szczyty wchodzili korzystając ze standardowych tras (to raczej nie powinna być niespodzianka) i rzadziej próbowali zdobywać je poza sezonem wspinaczkowym (np. w zimie). Celem ponad 85% komercyjnych wejść były tylko dwa szczyty: Mount Everest oraz Cho Oyu (czyli najsławniejszy/najwyższy oraz najłatwiejszy z ośmiotysięczników). Wreszcie, wspinaczy biorących udział w ekspedycjach komercyjnych rzadziej spotykał smutny los Berbeki i Kowalskiego; częściej też udawało się im dotrzeć do szczytu.

Te ostatnie statystyki wynikają jednak zapewne właśnie z tego, że większość ekspedycji komercyjnych kieruje się na Everest i Cho Oyu, unika nieznanych tras i nieciekawych pór roku. Zanim jednak ktoś zacznie się roztkliwiać nad bezpieczeństwem takich wypraw, pragnę tylko przypomnieć tragiczny sezon w 1996 roku, kiedy w sumie 15 osób zmarło próbując zdobyć szczyt, ponad połowa w ciągu jednego tylko feralnego majowego dnia.

No i wreszcie ten ważny czynnik: doświadczenie. Tu trendy są przeróżne. Na przykład, osoby próbujące zdobyć Cho Oyu po raz pierwszy znacznie częściej stawały na szczycie niż osoby, dla których była to już kolejna wyprawa na tę górę. Za to na Evereście wprost przeciwnie: im więcej razy ktoś próbował już wejść/wszedł na szczyt, tym większe stawały się jego szanse na stanięcie na szczycie po raz kolejny. Ogólnie jednak, bardziej doświadczeni himalaiści mieli większe szanse powodzenia. Częściej też korzystali ze standardowych tras (zapewne dlatego, że je po prostu znali).

Najważniejsza jednak statystyka, statystyka śmierci, pokazuje, że nie ma specjalnie silnego związku pomiędzy doświadczeniem lub jego brakiem, a szansą na tragiczną śmierć w górach. To, czy ktoś na Evereście czy innym ośmiotysięczniku stał już 5, 10, 20 razy, czy też jest to jego pierwsze wejście na jeden ze szczytów Korony Himalajów, nie ma najmniejszego znaczenia. Jak zresztą pokazał tragiczny przykład polskich wspinaczy wchodzących na Broad Peak.

Westhoff, J., Koepsell, T., & Littell, C. (2012). Effects of experience and commercialisation on survival in Himalayan mountaineering: retrospective cohort study BMJ, 344 (jun13 2) DOI: 10.1136/bmj.e3782

8 Comments

  1. „Uważam, że jest bardzo nie fair, że próbujesz zrównywać himalajskie ekspedycje komercyjne z wypadem na wczasy. Nie uważam oczywiście, żeby były one na tym samym poziomie, co ekspedycje nazwijmy to profesjonalne; ale nie przesadzajmy z tym równaniem w dół”

    Nie są na tym samym poziomie mało tego nie sa na nawet dwa poziomy niżej. To po prostu inny sport. Z punktu widzenia wspinacza ekspedycyjnego wyprawy komercyjne to spacer do biedronki po piwo. Z jednego mianowicie powodu: użycie tlenu.
    Wejście na ośmiotysiecznik bez tlenu czyni z człowieka sportowca megakozaka choćby przyjechał z tysiacem szerpów z agencji. Tylko że takie rzeczy sie prawie nie zdarzają, bo nikt nie chce sie zabić płacąc 40 tys dolarów za wyprawe.

    Lubię

  2. Badania, badaniami, jednak nie oszukujmy się, że różnorodność czynników wpływających na owe statystyki jest tak wielki, iż nie są one w żaden sposób rzetelnie określić zależności między doświadczeniem a „szansą na tragiczną śmierć w górach”.

    Swoją drogą, jako ciekawostkę mogę napisać, że na wszystkie wypadki, które zdarzają się w Tatrach, tylko niecały 1% to wypadki taternickie, a więc zdarzenia z udziałem ludzi, którzy „mają doświadczenie”. Oczywiście nasuwa się tutaj pytanie: ilu turystów zwiedzających Tatry przypada na jednego taternika? itp itd

    Dążąc do końca: mało wiarygodnym podejściem do badań jest porównywanie wypraw himalaistycznych „ludzi gór” z wyprawami komercyjnymi, ponieważ przewodzi im zawsze ktoś „z doświadczeniem” i to on decyduje za całą grupę, nie mającą „nic do gadania”. Gdyby jednak wypuścić każdego osobnika z wyprawy komercyjnej samego, aby podejmował decyzje i wspina ł się na szczyt, to okaże się, że statystyki będą zbliżone do tych tatrzańskich.

    Ot i całe te amerykańskie badania są „psu na budę”. Tak to jest jak żyje się w kraju, który na naukę przeznaczą ogromne sumy pieniędzy (nie to co Polska ;) ) – trzeba coś badać, wiec zajmują się „pierdołami” i później publikują niedorzeczności.

    Lubię

    1. Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią. Autorzy pracy podają bowiem, że ten statystyczny brak różnicy widoczny jest już po kontroli wyników pod kątem trudności tras, wieku, płci, tego czy na szczyt wejść się udało, czy też nie, jakiego szczytu to w ogóle dotyczyło, a nawet – w którym roku odbywała się ekspedycja (wykluczając w ten sposób różnice wynikające ze znacznie lepszego sprzętu, jakim dysponują dzisiejsi himalaiści w porównaniu z tym, z którego korzystano 40 lat temu). Czyli, jak widać, uwzględniają tak naprawdę większość najważniejszych zmiennych, a próbka prawie 40 tysięcy wejść bardzo umacnia tę statystykę.

      Porównanie wypraw komercyjnych z ekspedycjami himalaistycznymi, których celem jest pierwsze wejście, nowa trasa itd., itp., także, uważam, ma jak największy sens. Chodzi bowiem o to, że wiele osób krytykuje wyprawy komercyjne mówiąc, że powodują one więcej zagrożenia i przyczyniają się do zwiększenia wypadków śmiertelnych. Co, statystycznie, nie jest prawdą. Z drugiej strony posiadanie przewodnika, który jest liderem grupy i profesjonalistą także nie musi wcale bezpieczeństwa zwiększać, czego dowodzi, że się tak brutalnie wyrażę, osiem trupów z 11 maja 1996 roku. Jak również bardzo pechowy wiosenny sezon 2012 roku.

      Nie jestem przekonany, czy porównywanie Tatrów do Himalajów w tym kontekście ma sens. Gdybyś był w stanie powiedzieć, jak np. wygląda statystyka w obrębie tego 1% wypadków taternickich (tzn. ile wypadków mają doświadczeni taternicy, a ile żółtodzioby), to porównanie miałoby większy sens. Porównywanie wypadków turystów wchodzących w klapeczkach na Rysy z ludźmi, którzy walczą z wycieńczeniem, zimnem i chorobą wysokościową, wydaje mi się nie na miejscu niezależnie od tego, czy wyprawa jest komercyjna czy nie.

      Podsumowują, wydaje mi się, że przesadzasz, nazywając te badania, badaniami „psu na budę”. Dla mnie badanie wygląda bardzo solidnie (z merytorycznego punktu widzenia), a to, że nie podobają Ci się jego wnioski nie oznacza jeszcze, że są błędne. Jestem zresztą pewiem, że nie spodobają się one wielu ludziom; zwłaszcza zaś doświadczonym alpinistom, którzy chcą wierzyć, że doświadczenie daje im jakiś bufor bezpieczeństwa w górach – a problem może polegać właśnie na tym, że powyżej pewnej wysokości już tej pewności nie mają prawa mieć…

      Lubię

      1. Nie uważam, że wyprawy komercyjne powodują wzrost wypadków śmiertelnych, bo raczej mija się to z prawdą, z tego względu, że jak sam pisałeś, nastawione są na przejście przetartych, bezpiecznych szlaków i szczęśliwy powrót do domu.

        Niestety uważam za niedorzeczne porównywanie wypraw komercyjnych idących utartymi szlakami z ekspedycjami himalaistycznymi, które często zapuszczają się w nieznany teren (przykład – tegoroczne polskie zimowe wejście na Broad Peak). Himalaisty „ekspedycyjny” liczy się z tym, że może nie wrócić, bo wie, że zadanie którego się podejmuje często związane jest z wysokim ryzykiem i balansowaniem na granicy wytrzymałości organizmu, natomiast „komercha” nastawiona jest zupełnie inaczej.

        Owe badania są dla mnie mniej więcej tak absurdalne jak porównywanie profesjonalnych wyścigów samochodowych WRC z codziennym przejazdem przeciętnego „Kowalskiego” z pracy do domu. Jaka jest różnica? Z punktu widzenia amerykańskich badań związanych z himalaizmem – żadna (sic!). Ponieważ kierowca WRC oraz Kowalski mają samochód, kierowca WRC oraz Kowalski są kierowcami, a jednak jest mały szczegół, który ich odróżnia: kierowca WRC pędzi górskimi serpentynami z prędkością często 200km/h miedzy drzewami i nad przepaściami, gdzie ryzyko wypadku jest bardzo bardzo duże, a popełnienie błędu może mieć opłakane skutki, a Kowalski jedzie z prędkością nie większą niż 50km/h prostymi, szerokimi drogami i rozmyśla o tym co będzie na obiad.

        Podobnie ma się sprawa z himalaizmem ekspedycyjnym i komercyjnym.
        Zatem moje pytanie brzmi: gdzie tutaj można mówić o merytorycznym i profesjonalnym podejściu do badań?
        Ot, naukowcy :)

        Lubię

        1. Podsumowując:
          Może idea badan była szczytna, jednak oba przypadki posiadają tak wiele zmiennych niezależnych, że niedorzecznością jest ich porównywanie.
          Czy wspólny mianownik: himalaizm oraz człowiek wystarczy by przeprowadzać owe badania? Nie wydaje mi się

          Lubię

        2. Rozumiem, że każdy komentarz będziesz kończyć stwierdzeniem, że badania były niemerytoryczne. Nie zmieni to jednak w żaden sposób tego, co w tym badaniach jest.

          Nie chcę po raz kolejny powtarzać, że wynik analizy, był uzyskany już po uwzględnieniu tego, czy wyprawa była komercyjna czy nie. Ale był – i oznacza to, że to porównanie powinno być traktowane tutaj całkiem niezależnie od aspektu doświadczenia.

          Po raz kolejny dodam, że Twoje analogie są mocno nietrafione: WRC do przejazu Kowalskiego do domu jest jak wyprawa w Himalaje (jakakolwiek) do wycieczki turystycznej w Tatry. Uważam, że jest bardzo nie fair, że próbujesz zrównywać himalajskie ekspedycje komercyjne z wypadem na wczasy. Nie uważam oczywiście, żeby były one na tym samym poziomie, co ekspedycje nazwijmy to profesjonalne; ale nie przesadzajmy z tym równaniem w dół. Uczestnik wyprawy na Everest balansuje na granicach wycieńczenia organizmu i wspina się na szczyt ze świadomością tego, że może z niego nie wrócić, niezależnie od charakteru wyprawy. Jeśli ktoś na Everest wybiera się z innym nastawieniem, to nie znaczy, że ma lub nie ma doświadczenie. To po prostu znaczy, że jest idiotą.

          Ciekawe jest porównanie przyczyn śmierci w górach dla obu typów wypraw – większość statystyk jest bardzo podobna dla obu grup, jedyną naprawdę dużą różnicę widać dla śmierci poniesionych w lawinach, co też będzie niewątpliwie związane z inherentym charakterem tych ekspedycji.

          Na koniec dodam, że oprócz bardzo solidnej analizy statystycznej, autorzy szczegółowo dyskutują też silne i słabe punkty analizy (i nie, nie są to te wymienione przez Ciebie). Polecam zatem jednak przeczytać pracę, zanim zaczniesz oskarżać ich o nieudolność czy nierzetelność – bo oczywiście łatwo jest rzucać takie oskarżenia, ale póki co nie dałeś jednego dobrego powodu (poza kilkoma średnio trafnymi analogiami), dla którego mógłbyś autorów tak obrażać. I na koniec znowu powtórzę: to, że wyniki się komuś nie podobają, nie oznacza jeszcze, że są błędne.

          Lubię

          1. Nie chodzi mi tu o obrażanie autorów, tylko próbę uświadomienia czytelnika, że doświadczenie w górach wysokich, a szczególnie w Himalajach jest niezbędne, czemu starają się zaprzeczyć badania mówiące: „statystyka śmierci, pokazuje, że nie ma specjalnie silnego związku pomiędzy doświadczeniem lub jego brakiem, a szansą na tragiczną śmierć w górach”.
            Jak zostało zauważone, himalajskie ekspedycje komercyjne to nie wypad na wczasy, a przeciętny Kowalski, czytający powyższe, jest w stanie stwierdzić, że następny urlop spędzi wychodząc na ośmiotysięcznik. Przecież w końcu nie trzeba doświadczenia.
            Proszę o wybaczenie, ale konkluzja badań jest bzdurna, choć zapewne statystycznie poprawna. Byłaby mniej niedorzeczna (a może nawet wcale nie byłaby niedorzeczna), gdyby obwarowano ją założeniami (i przedstawiono je przed konkluzją), a nie podawano wprost, bez uzasadnień, które mogą się okazać bardziej ważne niż same wyniki badań.

            Lubię

          2. Być może wynika to zatem z niefortunnie użytego przeze mnie sformułowania, że „nie ma specjalnie silnego związku pomiędzy doświadczeniem lub jego brakiem”. Ale to powinno wynikać jasno z kontekstu: nie mówimy – i z całą pewnością nie mówi o tym praca – tutaj o całkowitym braku jakiegokolwiek doświadczenia. Nikt w Himalaje nie jedzie wspinać się, nie mając bladego pojęcia o alpinizmie.

            I autorzy też nic takiego nie twierdzą. Raczej: to podstawowe założenie, że wyprawa komercyjna czy nie, jej uczestnicy będą mieć pewne minimum doświadczenia, jest tutaj linią bazową. A przeciętny, nie mający pojęcia o wysokogórskich ekspedycjach Kowalski, żeby dojść tutaj do wniosku, że Everest to dobry cel na następne wakacje, musiałby dokonać nielada intelektualnej ekwilibrystyki.

            Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s