Internetowa diagnoza rynku

źródło: flickr; @Doug88888 (CC BY-NC-SA 2.0)

Niektórzy czytelnicy bloga będą być może pamiętać niesamowite lata dziewięćdziesiąte oraz to, jak wyglądały przemiany ustrojowo-gospodarcze. Młodsze pokolenia Polaków z odrobiną (a czasem znacznie więcej niż odrobiną) zazdrości spoglądają na nieco starszych rodaków, którzy mniejszych i wiekszych majątków dorobili się we wczesnych dniach działania polskiej giełdy papierów wartościowych. Z drugiej strony jednak gra na giełdzie w latach 90. wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj: nastroje inwestorów zależały krótkoterminowo od doniesień radia i telewizji. Analizy w nieco większej czasowej skali wspomagane były przez liczne wydawnictwa podsumowujące ostatni miesiąc na giełdzie. Dzisiaj oczywiście obracanie akcjami wyglada inaczej: w dobie internetu jesteśmy o klik, o dwa, od informacji, która może nam pomóc podjąć decyzję w sprawie naszego (niewątpliwie bardzo dochodowego) pakietu inwestycyjnego.

ResearchBlogging.orgDlatego nie powinno nikogo dziwić, że ktoś wreszcie postanowił sprawdzić, czy istnieje związek z tym, jakie informacje pozyskiwane z internetu z tym, co dzieje się potem na giełdzie. Kilka dni temu w piśmie Scientific Reports ukazała sie praca badaczy z Londynu, Warwick oraz Bostonu, w której opisywali oni relację pomiędzy aktywnością czytelniczą artykułów poświęconych kwestiom finansowym a późniejszymi zmianami na rynkach finansowych.

źródło: flickr; @Doug88888 (CC BY-NC-SA 2.0)
źródło: flickr; @Doug88888 (CC BY-NC-SA 2.0)

Próby korelowania aktywności internautów ze zjawiskami, nazwijmy to, epidemiologicznymi, nie są jednak nowością. Google w 2008 wystartował z serwisem Flu Trends, który koreluje wyszukiwania słów kluczowych opisujących symptomy grypy z lokalizacją geograficzną internauty. W ten sposób Google jest w stanie przewidzieć wybuchy lokalnych epidemii w grypy w Stanach Zjednoczonych nawet na 10 dni zanim uczyni to amerykańskie Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom (które czyni to na podstawie danych pochodzących od lekarzy, a wiadomo przecież, że dzisiaj pierwszym doradcą w kwestiach medycznych jest niemal zawsze Wujek Gogol).

Na relację pomiędzy aktywnością internautów na stronach finansowych, a aktywnością giełdową, spojrzeli także autorzy innej pracy opublikowanej w lecie zeszłego roku w PLoS ONE: naukowcy zwarli szyki z pracownikami firmy Yahoo! prowadzącej własny serwis finansowy dostarczający internautom informacje na temat (m.in.) firm obecnych na indeksie NASDAQ-100. I odkryli, że – niespodziewajka! – taka korelacja pomiędzy tym, jakich informacji i o jakich firmach szukają czytelnicy, a tym, co się na rynkku dzień czy dwa później dzieje – taka korelacja i owszem istnieje. Znowuż jednak trzeba tu dodać, że nie powinniśmy być raczej zaskoczeni tym, że czytelnicy najpierw szukają w serwisie finansowym informacji na temat tej czy innej spółki, a następnie na podstawie tej informacji dokonują jakichś operacji finansowych, chociaż zawsze miło jest zostać utwierdzonym we własnych podejrzeniach przez rzetelne badania naukowe.

W tej najnowszej pracy jednak naukowcy sprawdzali związek nieco mniej oczywisty – pomiędzy aktywnością czytelników oraz autorów Wikipedii oraz aktywnością giełdową. Autorzy badali okres czterech i pół roku pomiędzy grudniem 2007 roku i kwietniem 2012 roku. I odkryli, że rzeczywiście taki związek istnieje. Co więcej, okazało się, że ilość odsłon artykułów dotyczących firm oraz tematów finansowych zwiększa się tuż przed kryzysami rynku! Jako kontrolę zastosowano odsłony dotyczące artykułów na temat aktorów.

Autorzy tłumaczą to zjawisko znanym efektem dotyczącym naszego postrzegania zysku i straty. W skrócie: ludzie bardziej boją się stracić 10 złotych, niż stracić szansę na zarobienie 10 złotych. Badacze sugerują, że na tej samej zasadzie inwestorzy przykładają więcej uwagi do analiz, gdy w grę wchodzi potencjalna utrata pieniędzy.

Patrząc na to badanie zdroworozsądkowo możnaby powiedzieć, że nihil novi – potwierdzono tylko to, czego wszyscy oczekiwaliśmy. Mnie w oczy rzuciły się dwie rzeczy. Po pierwsze, chichotem historii jest poszukiwanie informacji przez rekiny kapitalizmu na stronie, która jest uosobieniem raczej niespecjalnie kapitalistycznej współpracy. Z drugiej jednak strony, wiedząc jaka jest jakość niektórych wikipedyjnych artykułów, świadomość, że inwestorzy mogą (czasem może za bardzo) polegać na Wikipedii, napawa mnie przerażeniem.

Literatura:

1. Bordino, I., Battiston, S., Caldarelli, G., Cristelli, M., Ukkonen, A., & Weber, I. (2012). Web Search Queries Can Predict Stock Market Volumes PLoS ONE, 7 (7) DOI: 10.1371/journal.pone.0040014

2. Moat, H., Curme, C., Avakian, A., Kenett, D., Stanley, H., & Preis, T. (2013). Quantifying Wikipedia Usage Patterns Before Stock Market Moves Scientific Reports, 3 DOI: 10.1038/srep01801

1 Comment

  1. Ciekawy wpis, zwłaszcza dla mnie który zajmuje się ekonomią więcej niż przeciętny zjadacz chleba.

    Jeśli chodzi o przepływ informacji i jego wpływ na rynki, to jeden z traderów powiedział kiedyś, że dzisiaj każdy może wykonywać jego pracę – wystarczy mieć otworzone strony z Bloombergiem, Thomson Reutersem i Al-Jazeerą. Gdzieś wybucha bomba, sprzedajesz. Angela Merkel podaje rękę Cameronowi, kupujesz. Proste. Na amerykańskiej giełdzie Twitter został ostatnio oficjalnie dodany jako źródło informacji.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s