Nie kupować kota w worku

Antydepresyjny dziurawiec zastąpiono środkiem przeczyszczającym. / źródło: wiki; Fir0002/Flagstaffotos (CC BY-NC 3.0)

W polskich internetach tu i ówdzie już pisano o potencjalnej szkodliwości leków alternatywnych – zwłaszcza różnego rodzaju preparatów ziołowych. Zasadniczo problem jest znany i zrozumiany: preparaty ziołowe często nie podlegają takim samym rygorystycznym przepisom, jeśli chodzi o testowanie przed dopuszczeniem do sprzedaży, jak „leki tradycyjne”1.

Abstrahując od dość oczywistej kwestii dotyczącej samej efektywności takich specyfików, a także ich potencjalnych skutków ubocznych, przedyskutować też warto znacznie bardziej podstawową ich właściwość: ich jakość, czyli to, czy w pudełku jest rzeczywiście to, co reklamuje obwoluta.

No i można by tu się przerzucać durnymi argumentami z bandą altmedowców doszukujących się sponsorowanych przez Big Pharmę pobudek, można by się wdawać w płonne dyskusje, ale po co? Skoro odpowiedzi ostatecznej na ten temat dostarczają badania naukowe.

ResearchBlogging.orgNa początku października w branżowym piśmie BMC Medicine ukazała się publikacja2 opisująca wyniki arcyciekawych badań. W tym podwójnie ślepym badaniu autorzy zgromadzili materiał biologiczny z 50 roślin stanowiących podstawę wielu ziołowych specyfików. A następnie zastosowali metodę genetycznych kodów kreskowych (z ang. DNA barcoding), aby sprawdzić, które z tych roślin znajdują się w 44 różnych produktach wytwarzanych przez 12 różnych firm i zawierających – według opisu – 30 różnych gatunków ziół.

Wyniki? 59% produktów nie zawierało materiału roślinnego pochodzącego z gatunku podanego na obwolucie. W 32% badanych próbek podstawowy składnik był zastąpiony czymś innym. W produktach tylko dwóch spośród 12 firm nie wykryto żadnych substytutów głównego składnika. Autorzy sprawdzili też, czy w badanych produktach znajdują się wypełniacze o nieznanej proweniencji – takie składniki o bliżej nieokreślonym pochodzeniu znaleziono w jednej piątej produktów.

Żeby uzmysłowić sobie, jak wielkim zagrożeniem są te opisane na niejednostkową skalę zjawiska, przyjrzyjmy się kilku konkretnym przykładom przytoczonym przez autorów.

Jeden ze specyfików opisany jako dziurawiec zwyczajny – który podobno wspomaga leczenie lekkich depresji – zamiast dziurawca zawierał strączyniec ostrolistny. Nie dość zatem, że taki produkt nikomu w depresji nie pomoże, stanowić on może dodatkowo poważne zagrożenie dla zdrowia: strączyniec jest bowiem stosowany jako środek na przeczyszczenie i chociaż jest zatwierdzony do użytku, to nie zaleca się przewlekłego stosowania, gdyż może to prowadzić do chronicznej biegunki, bólów brzucha, a nawet uszkodzenia wątroby.

Antydepresyjny dziurawiec zastąpiono środkiem przeczyszczającym. / źródło: wiki; Fir0002/Flagstaffotos (CC BY-NC 3.0)
Antydepresyjny dziurawiec zastąpiono środkiem przeczyszczającym. / źródło: wiki; Fir0002/Flagstaffotos (CC BY-NC 3.0)

Z kolei w produktach opartych na Ginkgo biloba (stosowane często na poprawienie pamięci – nie oceniam tutaj ich skuteczności w tym zakresie) znaleziono ślady orzechów włoskich. Podobne wnioski w innej pracy z zeszłego roku opisano dla preparatów zawierających Echinacea – także zawierały one orzechy. Łatwo sobie zatem wyobrazić spustoszenie, jakie którykolwiek z tych specyfików wywołałby u osoby z alergią na orzechy!

Przykłady te pokazują, jak daleko zaszło nietestowanie alternatywnych specyfików. Bo nie chodzi już nawet o to, czy to magiczne zioło może czy nie może nam pomóc na nasze schorzenie. Problem jest znacznie bardziej podstawowy – okazuje się bowiem, że większość ziołowych produktów zawiera całkiem co innego, niż to, co nam obiecuje opakowanie. I nie chciałbym tu brzmieć zbyt dramatycznie, ale prędzej czy później ktoś zapłaci za to zdrowiem, a być może nawet życiem.

Przypisy:

1. Tutaj przypomnieć się musi klasyczny już tekst Tima Minchina: Pytanie: jak nazywa się medycyna alternatywna, której działanie potwierdzono badaniami? Odpowiedź: medycyna.

2. Steven G Newmaster, Meghan Grguric, Dhivya Shanmughanandhan, Sathishkumar Ramalingam & Subramanyam Ragupathy (2013). DNA barcoding detects contamination and substitution in North American herbal products BMC Medicine, 11:222 10.1186/1741-7015-11-222

6 Comments

  1. Najlepszy jest olej dziurawcowy firmy Pro Aktiv. Kto kiedykolwiek sam robił taki olej, ten wie po zapachu, że to jest to, ten specyficzny, prawdziwy zapach dziurawca, nie jakieś popłuczyny z suszonego ziela i słomkowym kolorze, choć oficjalnie czy docelowo jest on jedynie do masażów. Jednak jakością przypuszczam, że bije nie jeden lek na bazie dziurawca. Kocerny zawsze muszą wszystko zatabletkować, zakapsułkować itp. a to zmniejsza jakość.

    Lubię

    1. Ale to chyba do smażenia!

      Podkreślam, że ten tekst nie jest o tym, czy takie ziołowe preparaty są w ogóle skuteczne – bo jest to kwestia dyskusyjna. Chociaż wyniki tych badań każą wątpić – jak zaznaczył Akifue – w uprzednie badania efektywności ziółek (zależy oczywiście, jak dobrze były te poprzednie badania zaprojektowane).

      Nie wiem też skąd to założenie od razu, że za badane produkty odpowiadają „koncerny”. To jest nieusprawiedliwione przerzucanie winy na znanego wroga – Wielką Farmę Wielkie Zło. Autorzy nie podali niestety nazw producentów: co zresztą wytknięto im w komentarzach do publikacji. Domyślam się, że z przyczyn prawnych. Natomiast to wcale nie znaczy, że producentem któregokolwiek ze specyfików był jakikolwiek koncern. Oznacza to zaś, że z dystansem należy podchodzić do jakichkolwiek produktów tego typu…

      Lubię

  2. Ciekawe czy brano to pod uwage w badaniach skutecznosci lekow ziolowych? Bo dziurawiec wykazal skutecznosc w badaniach naukowych – BMC Med. 2006 Jun 23;4:14.
    Superior efficacy of St John’s wort extract WS 5570 compared to placebo in patients with major depression: a randomized, double-blind, placebo-controlled, multi-center trial [ISRCTN77277298].
    ciekawe czy badali ile dziurawca bylo w dziurawcu :D Juz gdzies slyszalem ze ilosc hyperacyny moze sie roznic miedzy tabletkami :D

    Lubię

    1. Prawdopodobnie nie – przynajmniej nie w cytowanej pracy. O ile mi wiadomo (chociaż mogę się oczywiście mylić), to technika DNA barcoding-u została po raz pierwszy opisana w 2004 lub 2005 roku. Jest więc spora szansa, że gdy prowadzono przytoczone badanie, metoda nie była jeszcze na tyle znana i powszechna, by być w nim zastosowaną.

      Co oczywiście nie oznacza, że wyniki takich studiów nie powinny zostać zrewizytowane z użyciem nowych technologii.

      Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s