Ile warte są doniesienia prasowe

źródło: flickr, jon collier (CC BY-SA 2.0)

W polskiej naukowej blogosferze rozgorzała w ostatnich dniach dyskusja związana z tekstem Gazety Wyborczej na temat (mitycznej) przewlekłej boreliozy, listem dr Ewy Krawczyk prowadzącej bloga Sporothrix, który był odpowiedzią na ten tekst i wytykał autorce materiału prasowego błędy różnego gatunku, oraz krytyką tego listu, prywatnie i publicznie, przez redaktora działu naukowego GW, Piotra Cieślińskiego.

Trochę się ta gorąca wymiana poglądów (w racje stron dotyczące upubliczniania prywatnej korespondencji nie wnikam, co do racji merytorycznych – odsyłam do listu Ewy) wpasowała w szerszą dyskusję toczącą się od kilku dni w mediach angielskojęzycznych. Dyskusja dotyczy tego, jak w szeroko rozumianych mass mediach donosi się o badaniach naukowych, zwłaszcza zaś tych dotyczących zdrowia – gdyż jest to ta tematyka, która interesuje wszystkich (w odróżnieniu od bardziej niszowych doniesień poza-medycznych).

źródło: flickr, jon collier (CC BY-SA 2.0)
źródło: flickr, jon collier (CC BY-SA 2.0)

Kilka dni temu nową odsłonę tej dyskusji rozpoczął wpis Virginii Hughes, która jest dziennikarką naukową piszącą o naukach związanych z neurologią, zachowaniem, genetyką itd., a która prowadzi też swojego bloga w sieci blogowej National Geographic Only Human. Virginia popełniła bowiem notkę na temat tego właśnie, jak dziennikarze powinni (bądź nie powinni) pisać o wynikach badań dotyczących zdrowia.

Analiza sytuacji i wnioski są raczej nie zaskakujące: badania dotyczące aspektów zdrowotnych są skomplikowane, rzadko da się je opisać rzetelnie jako krótką, spójną historię z happy-endem w postaci odkrycia, jak związek taki czy owaki może przedłużyć życie, pomóc nam schudnąć, walczyć z łysieniem, czy co tam jeszcze innego.

Jednocześnie ciężko jest też – zwłaszcza w dobie doniesień medialnych, które nie mogą być zbyt rozwlekłe, bo okres skupienia uwagi przeciętnego czytelnika jest tylko odrobinę dłuższy niż u złotej rybki – napisać tekst na skomplikowany temat, w którym najnowsze doniesienie w danej dziedzinie jest tylko jednym punktem, a najobszerniejsza część to przedstawienie właściwego kontekstu. I który w dodatku kończyć się będzie stwierdzeniem, że w zasadzie to wiemy niewiele więcej po tych ostatnich badaniach, niż wiedzieliśmy wcześniej.

Rezultatem tego wszystkiego jest, że teksty prasowe są najczęściej skupione na pojedynczych publikacjach, przez co siłą rzeczy mają sporą szansę okazać się nieprawdą. I że istotę problemu reprezentują błędnie i upraszczają do takiego stopnia, że traci ona całkiem sens. Virginia, niestety, nie oferuje dziennikarzom naukowym żadnego rozwiązania: bo i ciężko jest zasugerować co innego, niż tylko zmiana całkowitej kultury pisania o przynajmniej pewnym rodzaju badań naukowych u wszystkich dziennikarzy – a to jest po prostu niewykonalne.

ResearchBlogging.orgSkala problemu jest oczywiście ogromna (a niedoceniana). I tu przypomina się publikacja sprzed kilku miesięcy opublikowana w piśmie PLoS ONE przez trójkę lekarzy z różnych amerykańskich instytucji (m.in. z National Institutes of Health). Autorzy tej pracy zadali bardzo interesujące pytanie: jaka jest jakość artykułów naukowych dotyczących zdrowia opisywanych w prasie?

Pytanie nie jest bezzasadne. Problem bierze się na przykład stąd, że artykuły, na podstawie których najłatwiej jest skonstruować interesującą, wciągającą, dobrze się sprzedającą historię, to najczęściej artykuły opisujące badania obserwacyjne – czyli badania w stylu: zbadaliśmy X osób na okoliczność Y i odkryliśmy taką to a taką zależność, która jednak nie jest jeszcze udowodniona. Przykładem takiego badania są przytaczane przez Virginię Hughes artykuły dotyczące resweratrolu.

Artykuły, o których pisać łatwo dla laików jest znacznie trudniej, ale które metodologicznie są znacznie bardziej solidne, to te opisujące randomizowane badania ze ślepą próbą.

Autorzy badania porównali zatem 75 artykułów opisujących badania kliniczne, które były opisane przez 5 największych amerykańskich gazet z 75 artykułami, które opublikowane zostały w pismach o wysoki IF (gdyż takie pisma mają z reguły większe wymagania dotyczące metodologii). Zaskoczenia tutaj znowu nie ma: gazety znacznie rzadziej opisywały badania randomizowane niż obserwacyjne.

Ale bardzo ciekawy jest drugi wniosek autorów: otóż sprawdzili oni nie tylko różnicę pomiędzy badaniami randomizowanymi a obserwacyjnymi. Porównali także badania obserwacyjne, o których prasa pisała, z tymi, które nie doczekały się artykułów prasowych na swój temat. I okazało się – fanfara – że media decydując, które badania obserwacyjne opisać, znacznie częściej wybierały te gorszej jakości!

Zgodnie ze skandalizującą metodą name and shame, dodam tutaj, że gazety, które zostały wzięte pod lupę, to The Wall Street Journal, USA Today, The New York Times, Los Angeles Times oraz San Jose Mercury Times.

Autorzy oczywiście dyskutują ograniczenia ich własnej analizy – np. to, że metodologia była traktowana jako przybliżenie jakości badania, i że to przybliżenie nie zawsze musi być dokładne: to znaczy, że jest cała masa kiepskich badań randomizowanych i bardzo wiele bardzo dobrze zaprojektowanych badań obserwacyjnych. Wspominają też o ciekawym dalszym kierunku badań: porównaniu, o jakich chorobach prasa pisze najczęściej w porównaniu z tymi, o których najczęściej publikują wysokoprofilowe pisma naukowe (odzwierciedlając różnicę pomiędzy tym, co jest ciekawe z naukowego punktu widzenia, a tym, co jest ciekawe z punktu widzenia społecznego).

Dodałbym tutaj, że bardzo interesujące byłyby wyniki podobnej analizy dla polskiej prasy: jeśli ktoś poszukuje zatem dobrego tematu na pracę licencjacką, to tak tylko wspominam!

Przypisy:

1. Selvaraj S, Borkar DS, & Prasad V (2014). Media coverage of medical journals: do the best articles make the news? PLoS ONE, 9 (1) PMID: 24465543

4 Comments

  1. żadnych konkretów w sformułowaniu „sprzed kilku miesięcy opublikowana w piśmie PLoS ONE przez trójkę lekarzy z różnych amerykańskich instytucji (m.in. z National Institutes of Health). Autorzy tej pracy zadali bardzo interesujące pytanie: jaka jest jakość artykułów naukowych dotyczących zdrowia opisywanych w prasie?” Jakich lekarzy? etc… Ten artykuł ma tę samą wadę o której pisze… tzn oparty jest właśnie na tym niesprecyzowanym artykule obserwacyjnym i nie podaje szerokiego kontekstu wiedzy z tej dziedziny….

    Lubię

    1. A dziękuję, ale się nie zgadzam. Z wielu powodów. Po pierwsze, nie ma znaczenia, jakimi lekarzami są autorzy – a jedynie, że są (i że są aktywnymi badaczami), bo tyle jest im potrzebne by móc ocenić, czy artykuł prasowy na temat zdrowia to stek bzdur, czy też nie.

      Ponadto opisywany przeze mnie artykuł nie dotyczy zdrowia! A o takich doniesieniach prasowych tutaj mowa. No i na koniec – to jest krótki wpis na blogu (czyli z definicji prasą nie jest). Jak mi któryś wybitny polski dziennik czy tygodnik zapłaci godziwie za dogłębną analizę tematu, to się z chęcią podejmę :P

      Lubię

  2. Jak dla mnie informacje prasowe nie muszą szczególnie głęboko wchodzić w temat. Wystarczy, że jest jakiś w miarę sensowny szkic rozważanego problemu i podana jest referencja do pracy naukowej. O wiele ważniejsze jest zapewnienie darmowego dostępu do oryginalnych prac. Szczególnie chore są przypadki gdy badacze korzystają z publicznych funduszy a z wynikami ich pracy można się zapoznać tylko odpłatnie. Przypomnę tutaj przypadek samobójstwa Aarona Swartz’a.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s