Jak naprawić zepsuty system recenzji? (II)

Wbrew obiegowym opiniom, nawet Einstein czasem się mylił. /źródło: wiki (domena publiczna)

Powrót do korzeni

Wszędobylska obecność recenzji każe nam wierzyć, że jest to proces towarzyszący publikowaniu wyników naukowych od zawsze, albo przynajmniej od początków nowożytnej nauki. Jednak rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że jego obecna, zinstytucjonalizowana forma jest bardzo młoda.

Proces recenzji naukowej sięga swoimi korzeniami siedemnastego stulecia [1] – wówczas to Towarzystwo Królewskie zaczęło wydawać Philosophical Transactions, pierwszy na świecie periodyk naukowy. Początkowo jednak to, czy praca mogła ukazać się w publikacji zależało tylko i wyłącznie od jego redaktora naczelnego, Henry’ego Oldenburga. W połowie XVIII w. Towarzystwo przejęło jednak redaktorską pałeczkę i wprowadziło bardziej usystematyzowaną procedurę recenzji: zasadniczo dokonywana ona była przez jednego z niewielkiej grupy członków Towarzystwa zajmujących się redakcją. Ten proces pełnił funkcję kontroli jakości – recenzenci byli zapewnieniem rzetelności publikowanych prac.

Pod koniec XIX wieku miał miejsce pierwszy prawdziwy wykwit pism naukowych [2], przede wszystkim zaś pism medycznych. Periodyków było tak wiele, że ich redaktorzy początkowo mieli problemy w zapełnieniem stronnic. W owym okresie redaktor często samodzielnie pełnił rolę recenzenta (powracając mentalnie do czasów Oldenburga), a jeśli brakowało mu nadsyłanych do publikacji treści, wówczas dublował często jako autor. Z początkiem XX wieku ta sytuacja zaczęła się jednak zmieniać, i rozpoczął się okres, który w pewnym sensie trwa po dziś dzień: pisma zaczęły być zalewane przez prace, otrzymując ich znacznie więcej, niż mogły opublikować.

Dzisiaj, w dobie publikacji internetowych, duża liczba nadsyłanych manuskryptów nie jest koniecznie problemem. Ale trzeba pamiętać, że jest to zjawisko raczej nowe: przez ostatnie sto lat przed pojawieniem się pierwszym wydawnictw funkcjonujących tylko w trybie on-line jednym z głównych ograniczeń tego, ile prac można opublikować, była pojemność pisma. Tak więc recenzja stała się nie tylko narzędziem kontroli jakości, ale też przede wszystkim narzędziem odsiewu. Benjamin Lewin, założyciel jednego z najbardziej prestiżowych periodyków naukowych, pisma Cell, miał kiedyś powiedzieć – w jednym zdaniu ujmując kwintesencję tego zjawiska – że podczas, gdy wszyscy sądzą, że jego pracą jest publikacja prac naukowych, w istocie polega ona na ich odrzucaniu [3].

Wraz z tym coraz bardziej dramatycznym wzrostem nadsyłanych manuskryptów pojawił się kolejny problem: coraz większa ich specjalizacja. I jest to być może jednak z głównym przyczyn coraz częstszego korzystania z recenzji zewnętrznej (tzn. prowadzonej nie przez redakcję, ani przed radę naukową pisma), które to zjawisko było początkiem procesu recenzji, jakim go znamy dzisiaj.

Kontrola jakości różnie skuteczna

Funkcjonuje więc proces recenzji w naukowej świadomości przed wszystkim jako proces kontroli jakości. Tym ciekawsze są historyczne przypadki sytuacji, w których proces ten „zawiódł”: czasem dosłownie, czasem bynajmniej, a czasem w ogóle go nie było.

Chociaż formalny proces recenzji istniał teoretycznie od XVII wieku, wielu pismom, często uważanym za prestiżowe i dystyngowane, wprowadzenie zinstytucjonalizowanej wersji tego procesu zajęło dekady. O tygodniku Nature wiemy na przykład, że takiego formalnego procesu nie wprowadził aż do późnych lat 60’, gdy redaktorem naczelnym został John Maddox. Wcześniej procesowi zdecydowanie brakowało struktury: wieść gminna niesie, że redaktor pisma w latach 50’ Jack Brimble pakował do kieszeni płaszcza po kilka prac i maszerował do klubu dla dżentelmenów Athenaeum znajdującego się niedaleko siedziby wydawnictwa. Tam prezentował prace członkom klubu i przepytywał ich co do walorów tychże prac. Ten wysoce nieobiektywny i niedoskonały proces był zalążkiem wprowadzonego potem przez Maddoxa systemu recenzji.

Cechą charakterystyczną pism o wysokim profilu jest to, że decyzje dotyczące prac są często podejmowane przez redaktorów bez konsultacji z recenzentami. Chociaż system ten zdaje się funkcjonować przyzwoicie, znane jest oczywiście wiele przypadków, w których zawodził [4]. W przypadku Nature klasycznym przykładem jest praca Hansa Krebsa dotycząca cyklu kwasu cytrynowego. Pracę tę w 1937 roku Nature odrzuciło nie uznając jej za godną uwagi. Krebs nie omieszkał redaktorom przypomnieć o tym, gdy zwrócili się do niego z prośbą o recenzję w 1953 roku, już po tym, gdy otrzymał Nagrodę Nobla za… odkrycie cyklu kwasu cytrynowego. W swojej korespondencji do pisma Krebs zaznaczył, że był to jedyny przypadek w jego karierze, gdy redakcja odmówiła publikacji pracy tłumacząc się brakiem miejsca i zasugerowała kontakt z innym periodykiem.

W porównaniu z przypadkiem Hansa Krebsa niesamowicie interesujący jest przypadek Alberta Einsteina, o którym można przypuszczać, że z formalnym procesem recenzji spotkał się tylko raz w czasie swojej kariery [5]. O jego przełomowych pracach dotyczących teorii względności, których pięć opublikował w 1905 na łamach Annalen der Physik, wiemy tyle, że nie zostały poddane zewnętrznej recenzji. Trzeba tutaj pamiętać o tym, że redaktorem naczelnym pisma był znakomity niemiecki fizyk, Max Planck, który mógł zapewne z powodzeniem wypełnić rolę recenzenta.

Wbrew obiegowym opiniom, nawet Einstein czasem się mylił. /źródło: wiki (domena publiczna)
Wbrew obiegowym opiniom, nawet Einstein czasem się mylił. /źródło: wiki (domena publiczna)

Jednak w 1936 roku Einstein wraz z Nathanem Rosenem wysłał do pisma Physical Review pracę dotyczącą istnienia fal grawitacyjnych. Pracę odesłano mu wraz z recenzją i sugestią, że autorzy powinni odnieść się do komentarzy recenzenta, zanim redakcja pracę ponownie rozpatrzy. Einstein odpowiedział oburzony, że manuskrypt został wysłany do publikacji, nie zaś do dzielenia się nim z innymi badaczami, ilustrując wyraźnie, że Einstein z procesem recenzji wcześniej się nie spotkał. Warto tu zaznaczyć, że w Physical Review w owym czasie wysyłanie prac do recenzji było już standardem. A w redakcji pisma do dzisiaj musi rozbrzmiewać chichot historii: z czasem okazało się, że tezy stawiane przez Einsteina i Rosena w odrzuconej pracy były błędne.

***

Przeczytaj jeszcze raz pierwszą część tekstu. Skocz do ostatniej części tekstu.

Przeglądnij pozostałe publikacje w edycji Biuletynu EBIB poświęconej pismom naukowym

Przypisy:

1. Spier, R. (2002). The history of the peer-review process Trends in Biotechnology, 20 (8), 357-358 DOI: 10.1016/S0167-7799(02)01985-6

2. Burnham, J. (1990). The Evolution of Editorial Peer Review JAMA, 263 (10) DOI: 10.1001/jama.1990.03440100023003

3. Gunter, C. (2013). What it’s like to be an editor at a conference Genome Biology, 14 (10) DOI: 10.1186/gb4136

4. Horrobin D.F. (1990). The philosophical basis of peer review and the suppression of innovation. JAMA, 263 (10), 1438-41 PMID: 2304222

5. Kennefick, D. (2005). Einstein Versus the Physical Review Physics Today, 58 (9) DOI: 10.1063/1.2117822

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s