Plagiatu wszystkie odcienie szarości

źródło: flickr; Gisela Giardino (CC BY-SA 2.0)

Przedwczoraj na blogu Emanuela Kulczyckiego Warsztat Badacza ukazał się nowy wpis na temat tego, jak dyskurs naukowy przenosi się dzisiaj często na łamy mediów społecznościowych. Przyczynkiem do wpisu była wymiana ciosów pomiędzy dwoma polskimi historykami: dr. Antonim Grabowskim oraz profesorem Andrzejem Radzimińskim.

Grabowski niedawno umieścił na swoim profilu na Academia.edu recenzję popularnonaukowej książki Radzimińskiego, w której zarzucił profesorowi plagiat prac co najmniej trzech różnych autorów. Radzimiński odpowiedział, również na Academia.edu, po pierwsze sugerując, że standardy są inne dla prac popularnonaukowych, niż naukowych, a po drugie grożąc, że jesli Grabowski nie przeprosi, to zostanie pozwany za zniesławienie.

Chociaż celem wpisu Emanuela było zwrócenie uwagi na aspekt mediów społecznościowych i coraz częstszego przenosenia się naukowych debat do mediów społecznościowych – co w świecie anglojęzycznych jest raczej normalką – to toczące się pod wpisem dyskusja, raczej nie niespodziewanie, bardzo szybko skierowała się w stronę tego, czy zapożyczenie cudzego tekstu verbatim (tak, znowy użyłem tego słowa, proszę mnie pozwać!) bez zaznaczenia, że jest to cytat, jest plagiatem, czy też nie.

Wrażenie odniosłem, że większość komentatorów (ze mną na czele) jest zdania, że profesor Radzimiński plagiatu się dopuścił. Jednak pojawił się anonimowy głos powtarzający z uporem maniaka, że bynajmniej, i że cała reszta dyskutantów po prostu nie rozumie realiów prac popularnonaukowych.

Wydaje mi się, że na większość stwierdzeń broniących profesora Radzimińskiego odpowiedziałem w dyskusji (polecam zajrzeć, zawsze można się dowiedzieć czegoś nowego). Na zarzuty, że się nie znam, że nie rozumiem podstaw i tak dalej, postanowiłem nie odpowiadać – osoby, które mnie znają (zarówno jeśli chodzi o bloga, jak i o moją pracę zawodową), zrozumieją szybko dlaczego. Pomyślałem jednak, że warto się odnieść nieco tylko szerzej do jednej powracającej jak (zgniły) bumerang myśli: że plagiat nie jest plagiatem, gdy w bibliografii pojawia się odnośnik do pracy, z której skradziono treść, oraz że splagiatowanie zaledwie kilku stron w pracy, która ma ich kilkaset, nie jest poważnym problemem.

Czym więc jest plagiat? Jeden z komentatorów przytoczył w dyskusji definicję za opracowaniem Zespołu ds Dobrych Praktyk Akademickich, która mówi:

Kto przywłaszcza sobie cudzy utwór lub jego fragement, bez względu na jego wielkość, poprzez całkowite pominiecie informacji o źródle bądź podanie jej w formie niepozwalającej odbiorcy zidentyfikować zapożyczonych elementów utworu, ten dopuszcza się plagiatu. […] Naganne jest nie tylko całkowite zatajenie poczynionego zapożyczenia (w oryginalnej formie znakowej lub w zmienionej), lecz równiez ogólnikowe bądź nieprecyzyjne przywołanie źródła (np. wskazanie źródła tylko w bibliografii lub sygnalizowanie referowania tam, gdzie się cytuje).

W zasadzie nie wiem, jak ktokolwiek przeczytawszy tę definicję i zajrzywszy to recenzji Grabowskiego może mieć jeszcze wątpliwości, że plagiat miał miejsce. Radzimiński próbował tłumaczyć się mówiąc, że praca była popularnonaukowa, a takie uznawane są za źródła wtórne. Tyle tylko, że bycie źródłem wtórnym, a bycie kopią, to nie to samo. Dodam też, że powyższa definicja nie ogranicza się do prac naukowych – dotyczy ona wszelkiego rodzaju utworów!

Tłumaczenie, że praca powinna zostać poddana innym standardom oceny jakości, gdyż nie jest prezentuje oryginalnych wyników, a także bo jest przeznaczona dla czytelników „niefachowych”, jest jak tłumaczenie, że normalnemu klientowi w restauracji można podać posiłek wykonany z gorszej jakości składników niż krytykowi jedzenia, gdyż ma gorzej wyrobione kubki smakowe (co jest nie tylko wierutną bzdurą, ale i oszustwem, nawet jeśli biedny klient nie zdaje sobie z tego sprawy).

Radzimiński rzuca jeszcze drugi argument: że nawet jeśli zapożyczył, to niedużo. I że wydawnictwo sprawdziło jego książkę i znalazło tylko 5% podobieństwa. I Radzimiński uważa, że to jest wartość nikła i nie ma się o co oburzać. Tyle tylko, że te 5% to o 5% za dużo!

Wyobraźmy sobie bowiem taką sytuację: złodziej włamuje się do domu Kulczyka i kradnie telewizor warty 1000 złotych. Czy policja nie powinna go ścigać, bo Kulczyk ma miliardy, więc 1000 złotych go nie zaboli? Nie, kradzież to kradzież. Albo: na ulicy pobito człowieka łamiąc mu przy tym nogę. Czy policja nie powinna ścigać sprawców, bo przecież to tylko jedna kość, a mogli połamać mu wszystkie? Nie, pobicie to pobicie. Albo: pijany kierowca potrącił przechodnia. Czy prokurator powinien odpuścić oskarżenia, bo we krwi kierowcy było 0.3 promila, a mogło być 3 promile? Nie, jazda po pijanemu to jazda po pijanemu.

I tylko z jakiejś niewiadomej przyczyny Radzimiński i jego fanklub uważają, że podczasa gdy wszystkie inne przestępstwa działają na zasadzie zerojedynkowej, kradzież własności intelektualnej – bo tym właśnie jest plagiat – w jakiś sposób nie znajduje się w tej samej kategorii. I czasem można się jej dopuścić i nie ma w tym nic zdrożnego.

I jest to raczej symptomatyczne w polskim świecie akademickim, zarówno wśród badaczy, jak i studentów, w polskich szkołach, ale także w polskim świecie artystycznym (vide: mój przykład plagiatu dokonanego skądinąd lubianej przeze mnie pani Pakosińskiej), że własność intelektualna traktowana jest według innych kryteriów niż każda inna własność.

Muszę więc tutaj podkreślić jasno i wyraźnie, że inną własnością nie jest. Że kradzież własności intelektualnej powinna być traktowana jak każda inna kradzież – i mam szczerą nadzieję, że doczekamy się czasów, gdy będzie też jako taka traktowana przez polskie prawo. Wspaniałym krokiem we właściwym kierunku było w zeszłym tygodniu orzeczenie sądu w sprawie innego naukowego plagiatu, w którym sędzia Mateusz Bartoszek (imię przywołuję w całości, bo sędziemu należą się tutaj oklaski jakich mało) stwierdził:

Nie można się zgodzić, że szkodliwość społeczna tego czynu jest nieznaczna.

Amen.

Update: W czasie, gdy ja przelewałem na ekran swoje żale, Emanuel umieścił aktualizację: profil Academia.edu Radzimińskiego pojawił się ponownie (po wczorajszym zniknięciu) wraz z oświadczeniem, w którym profesor przyznaje się do winy i przeprasza Grabowskiego. I możnaby temu przyklasnąć, gdy nie jedno (albo i więcej) ale: że mętne tłumaczenia profesora w kwestii tego, co jego zdaniem jest, a co nie jest plagiatem, a także jaka ilość plagiatu jest dopuszczalna, padły zanim jeszcze uznał, że pora za plagiat przeprosić.

Czyli: profesorowi jest przykro, że popełnił plagiat, bo widzi, że popełnił, ale jeszcze kilka dni temu uważał, że wszystko jest porządku. Nie do końca jestem przekonany, na ile szczere są takie przeprosiny, a na ile wynikają z chłodnej kalkulacji, że lepiej się przyznać i ponieść niewielką karę, niż iść w zaparte i skończyć znacznie gorzej. I tego się raczej nigdy nie dowiemy, a niesmak i tak pozostał.

14 Comments

  1. Witam szczerze powiedziawszy problem antyplagiatów nadal uderza i to bardzo szczególnie w tych uczciwych ludzi, którzy tworzą czy piszą prace uczciwie . Jeśli na uczelniach nadal się toleruje przyjmowanie ćwierć czy pół plagiatów to szczerze nie dziwię się ludziom, że zaczynają widzieć brak sensu w pisaniu prac w pełni unikalnych czy utworów. Jeśli to się nie zmieni to nadal tak będzie.

    Lubię

  2. Witam z tego co wiem to chyba w pracach licencjackich, magisterskich i wszelkich innych dozwolone jest tylko używanie cytatów z tym, że musi być to oczywiście umieszczone w cudzysłowiu. Z drugiej strony jeśli oczywiście nie daj Boże autor danego utworu umrze to ponoć można już go wykorzystywać. Nie wiem czy się nie mylę jeśli tak to proszę mnie poprawić.

    Lubię

  3. Bo w świetle polskiego prawa to nie jest kradzież. Tak samo jak piractwo też nie jest kradzieżą. To naruszenie praw autorskich i stosuje się inne paragrafy. Natomiast plagiat w jakiejkolwiek formie jest moralnie naganny tak samo jak piractwo. Niezależnie czy jest to 50%. 5% czy 1%.

    Lubię

  4. To jest dopiero wierzchołek góry lodowej, jaka pływa po uczelni. Może wreszcie szanowne władze zaczną oczyszczać środowisko, bo środowisko samo się nie oczyści . Bronią się rękami i nogami i zamiatają !!! Za przykład niech posłuży ostatnia rada wydziału PiA.

    Lubię

  5. No coż wiele, bardzo wiele słów beż żadnej wartości, jak to w naukach humanistycznych i społecznych, których istota to … przepisywanie innych utworów. Granica, gdzie kończy się standardowa technika pisania prac np. prawniczych a zaczyna plagiat jest bardzo niejasna. Wszystkim zabierającym głos w tej dyskusji poddaję to pod uwagę, zwłaszcza tym, którzy grzmią i ganią prof. Radzimińskiego. Panowie: robicie to samo tylko troche delikatniej.
    Pozdrawiam
    Fizyk

    Lubię

      1. Nie są to bzdury. To diagnoza. I bardzo trafnie oddaje stan tzw. „humanistyki” jako nauki. Dla mnie humanistyka wszelkiej maści nauką w ogóle nie jest. Może z wyjątkiem prac historyków.
        Większość humanistyki to pisanie bzdur. Coś o tym wiem…

        Lubię

  6. Ja chciałem się tylko odnieść do końcowych akapitów (przed aktualizacją). Nad polskim prawem dotyczącym prawa autorskiego można dyskutować długo i namiętnie, ale prawdą jest, że niektóre jego elementy są słuszne i poprawne. Traktowanie „kradzieży” własności intelektualnej tak jak każdej innej kradzieży byłoby wg mnie zasadniczym krokiem wstecz. Przede wszystkim dlatego, że „kradzież” własności intelektualnej substancjalnie różni się od kradzieży rzeczy materialnej.

    Przyjmijmy, że Janek ma rower. Franek ten rower Jankowi kradnie, znaczy bierze go i odjeżdża w siną dal. Efektem działania Franka jest zmiana statusu posiadania owego roweru (teraz ma go Franek, a nie Janek).

    A teraz przyjmijmy, że Janek napisał książkę o sytuacji kobiet w średniowieczu. Jakiś czas później Franek napisał książkę na ten sam temat. Okazuje się, że w książce Franka znajduje się jeden rozdział żywcem wyjęty z książki Janka, ale nigdzie nie ma informacji o pochodzeniu tego fragmentu i jego oryginalnym autorze; wszyscy czytelnicy myślą, że jest on efektem twórczej pracy Franka.

    Czy możemy zasadnie powiedzieć, że ta druga sytuacja jest identyczna jak pierwsza? Co konkretnie stracił Janek w tym drugim scenariuszu? Przecież jego książka istnieje tak samo jak istniała. Nadal zawiera ona rozdział skopiowany przez Franka, Janek nadal może wydawać kolejne edycje/dodruki i zarabiać pieniądze. Rozdział Janka nadal może być cytowany i Janek nadal może cieszyć się z rosnących wskaźników wpływu. Gdy Jankowi ukradziono rower, to Janek nie mógł już dłużej być beneficjentem roweru; gdy Jankowi „ukradziono” rozdział, nadal może być jego beneficjentem.

    Gdy w trakcie pracy naukowej badacz odkrywa zjawisko/proces/strukturę która jest w pewnym stopniu podobna do już znanego zjawiska/procesu/struktury, ale jednak zasadniczo od niego odmienna, to, aby uniknąć nieporozumień, nadaje mu nową nazwę. I takiego samego rygoru oczekiwałbym od prawodawcy. „Kradzież” własności intelektualnej jest kradzieżą tylko w tym sensie, że słowo „kradzież” jest najlepszym słowem, jakim dysponujemy w celu opisania tego zjawiska. Ale to nie znaczy, że jest to słowo dobre i to nie znaczy, że „kradzież” własności intelektualnej znajduje się w zbiorze desygnatów słowa „kradzież”. To oznacza tylko tyle, że nasz język jest zbyt ubogi, aby wychwycić różnicę między tymi dwoma zjawiskami. Ale to raczej język powinien zostać naprawiony, niż rzeczywistość nagięta do ograniczeń naszych kategorii pojęciowych.

    To raz. A dwa, że „kradzież” własności intelektualnej „kradzieży” własności intelektualnej nierówna. Gdy pobieram z Internetu zbiór zadań do logiki, aby je rozwiązać i się czegoś przy okazji nauczyć, to — w myśl zwolenników zaostrzenia polskiego prawa autorskiego — dokonuję „kradzieży” tejże książki. Ale każdy chyba się zgodzi, że jest to sytuacja trochę inna od takiej, gdy kopiuję czyjś zbiór zadań do logiki i zaczynam go rozpowszechniać podając siebie za autora.

    Lubię

    1. Nie zgodzę się, że to są różne kradzieże. Tak samo Janek nie ma roweru i Janek nie jest już autorem rozdziału cytowanego przez Franka – dla czytelników książki Franka. Janek może nie być beneficjentem swojej pracy dla tej części odbiorców, która kupiła książkę Franka.
      Demagogią jest użycie w argumentacji 1 przedmiotu – tu: roweru. Ale weźmy np. TIRa towaru. Jeżeli Franek ukradnie tylko część towaru, to jest inna kradzież niż jeżeli ukradnie całość? Jeżeli Franek ukradnie całość to Janek nie może być beneficjentem, a jak tylko część to Janek może być?
      Kradzież to kradzież. Publiczne podanie czyjejś własności intelektualnej jako swojej to bezwzględnie kradzież. I nie ważne czy to 5% czy 10% czy 100% swojej czy czyjejś pracy. Można się zastanawiać jedynie gdzie leży granica „nikłej szkodliwości społecznej czynu”.

      Lubię

      1. Być może błędem z mojej strony było zestawienie dwóch nie w pełni porównywalnych sytuacji. Z jednej strony mamy przedmiot fizyczny w całości, z drugiej własność intelektualną w części. Dla mnie i mojego argumentu ta druga różnica (całość vs część) ma znaczenie marginalne. Niestety nie było to chyba dość jasne, bo dużą część swojej odpowiedzi zdecydowałeś się poświęcić właśnie temu wątkowi.

        Spróbuję jeszcze raz:

        A teraz przyjmijmy, że Janek napisał i wydał książkę o sytuacji kobiet w średniowieczu. Jakiś czas później Franek napisał i wydał książkę na ten sam temat. Jednak po uważniejszym spojrzeniu okazuje się, że książka Franka to wierna kopia książki Janka; jedyna różnica polega na zadeklarowanym autorze dzieła. Jednak w książce podpisanej imieniem Franka nigdzie nie ma informacji o tym, że oryginalnym twórcą jest Janek. Wszyscy czytelnicy myślą, że książka jest efektem twórczej pracy Franka.

        Reszta komentarza bez zmian. Nadal twierdzę, że te sytuacje nie są do siebie na tyle podobne, aby nadawać im wspólną nazwę i aby dążyć do ujednolicenia ich traktowania w świetle prawa.

        Publiczne podanie czyjejś własności intelektualnej jako swojej jest właśnie tym — publicznym podaniem czyjejś własności intelektualnej jako swojej własnej. Jest to kłamstwo, oszustwo, przywłaszczenie autorstwa; pewnie jeszcze kilka innych słów całkiem nieźle opisuje taką sytuację. Ale „kradzież”? Kradzież to by była wtedy, gdyby autor został pozbawiony jedynej kopii swojego dzieła, które następnie byłoby rozpowszechniane pod innym nazwiskiem. Tutaj nikt nikomu nic nie kradnie i nikomu nic nie ginie (poza jakimś bliżej nieokreślonym potencjalnym zyskiem z potencjalnej sprzedaży która mogłaby wystąpić przy przyjęciu dość daleko idących założeń idealizacyjnych, ale tę drogę bardzo łatwo sprowadzić do absurdu).

        Lubię

          1. z całym szacunkiem ale to trochę dziwne, kiedy osoba zbija argument własną ignorancją.
            Jako osoba z podłożem matematyczno-przyrodniczym wiesz pewnie doskonale, jak ważna jest prezycja językowa. Przykładowo czy waga i masa to jedno i to samo?

            Mirosław Zalewski wskazuje właśnie na podobny problem nieadekwatnego języka. Jego propozycja by unikać słowa kradzież nie jest bezzasadna.
            Przykładowo w Niemczech nie mówi się o kradzieży, lecz raczej o naruszeniu praw autorskich/intelektualnych, ewentualnie piraceniu.

            Nawiązując do przykładu z rowerem: Jeżeli kupiłeś rower i ktoś po wielu dniach obserwacji zrobił swoją kopię to czy zostałeś okradziony? Podejrzewam, że tobie by to było raczej obojętne, w końcu nic nie straciłeś. Nawet jeżeli kopiująca osoba by zaczęła sprzedawać ten model jako własny.

            Sprawa staje się jednak bardziej zagmatwana jeśli zaczniemy się zastanawiać nad osobą, która stworzyła dany model, włożyła wiele w pracy w stworzenie projektu. Tylko czy faktycznie została okradziona? Nie, fizyczne rowery nadal są dostępne, projekt jest pewnie nadal zapisany na komputerze. Ewidentnie doszło jednak do naruszenia praw autorskich. To jednak nie jest tożsame z kradzieżą.

            Dla jasności: nie jestem zwolennikiem podejścia „wszystko należy nam się za darmo”. Dziwię się znajomym, którzy dziwią się, iż kupuję przykładowo streaming filmów bądź ebooki, a można mieć te rzeczy za darmo. Absolutnie naruszanie praw autorskich powinno być karalne ale podpinanie tego pod kradzież to raczej nadużycie.

            Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s