Polska nauka w ogonie Europy

Publ-na-100k

Tygodnik Nature opublikował dzisiaj arcyciekawy tekst na temat stanu nauki w krajach tzw. bloku wschodniego 25 lat po upadku komunizmu. Z samego tekstu, a także jednego małego fragmentu jednej z infografik, wyłania się obraz urodzaju oraz Polski będącej naukowym tygrysem Europy.

Jak zwykle zatem mam z tym tekstem więcej niż jeden problem.

Myślę, że w ogóle z dystansem trzeba podchodzić do wszelkich tekstów, które peany na temat polskiej nauki rozpoczynają od stwierdzenia, że wszystko zaczęło się, gdy Lech Wałęsa został prezydentem i zaczął modernizować Polskę. Wcześniej bowiem żyliśmy w jaskiniach, grzaliśmy się przy ogniskach i spożywaliśmy tylko, co udało nam się upolować.

Mniejsza jednak z tym. Rzućmy okiem na infografiki. Autorzy z entuzjazmem zauważają, że Polska jest liderem wśród krajów bloku wschodniego pod kątem liczby opublikowanych prac naukowych (dane są ze Scopusa za lata 2004-2014). Pierwsze pytanie, które mi się narzuca jest następujące: jak ta niesamowita ilość przekłada się na jakość?

Bardzo interesująca byłaby analiza pokazująca porównanie pod kątem liczby opublikowanych prac, ale ważonych przez impact factor pisma, w którym były publikowane. Tutaj dodam od razu, że zdaję sobie sprawę z niedoskonałości tego wskaźnika i z chęcią przyjmę sugestie zastosowania jakiegokolwiek innego przybliżenia jakości. Gdyby się komuś oczywiście chciało przeanalizować te, bagatela, 80 tysięcy prac.

To, co możemy jednak zrobić, to rzucić okiem, jak wypadamy w tym porównaniu, gdy uwzględni się liczebność populacji albo PKB.

Publ-na-100k

Jak widać, w porównaniu liczby publikacji ważonej przez liczbę mieszkańców nie wypadamy już tak różowo. Plasujemy się w raczej nijakim środku stawki, a o głowę biją nad Słowenia, Czechy oraz Estonia. Górujemy zaś tylko tak naprawdę nad Bułgarią i Rumunią, które jednak znacznie krócej mogły korzystać z różnorakich programów Unijnych, oraz mocno odstającą od reszty republik bałtyckich Łotwą.

publ-na-mln-pkb

Gdy spojrzymy na to, jak nasze PKB przekłada się na liczbę publikacji, sytuacja wygląda niewiele lepiej. Znowu ustępujemy Słowenii, Czechom oraz Estonii, a niemal na równi jesteśmy z Węgrami, Słowacją i Litwą. Nasza przewaga na Bułgarią i Rumunią jest tutaj już znacznie mniejsza. Czy jest się zatem z czego cieszyć? Sami oceńcie.

Reszta infografik Nature jest już znacznie mniej optymistyczna. Małym pocieszeniem jest, że wraz z Polską w ogonie Europy pod kątem procenta PKB przeznaczanego na badanie naukowego znajdują się nasi liczni bliżsi i dalsi sąsiedzi: Litwa, Słowacja, Łotwa, Bułgaria. Odrobinę wyprzedzają nas Węgry. Żadnym zaskoczeniem, po wcześniejszych porównaniach, nie powinno być to, że znaczące fundusze w naukę pompują Słowenia, Estonia i Czechy.

Dramatycznie wypadamy też w porównaniu liczby otrzymanych europejskich grantów ERC. Nie będę już przeliczał tego zestawienia na państwowe pogłowie: jest ono wystarczającą depresyjne takie, jakie jest. Węgry prowadzą w zestawieniu z 39 grantami, Czesi otrzymali ich 10, Polska zaledwie 15 (będąc jednak krajem znacznie większym od obu tych państw). Tutaj jednak wypełza słabość całego rejonu. Na 3088 przyznanych grantów ERC tylko 74 – sromotne 2.4% – powędrowało do krajów bloku wschodniego.

Żeby na koniec dokopać jeszcze hurra-optymistom dodam kilka innych, równie przygnębiających faktów:

– W rankingach wypadamy fatalnie jak zawsze. W rankingu Times Higher Education na lata 2014/2015 znalazł się jeden (słownie: jeden) polski uniwerystet pośród 400 uwzględnionych.

– W rankingu szanghajskim (ARWU) na rok 2014 znalazły się dwie uczelnie na 500. W obu rankingach, nie muszę chyba dodawać, polskie jednostki były na szarym końcu.

– W corocznym rankingu Thomsona Reutersa wyliczającym najbardziej wpływowych badaczy, w 2014 na liście 3200 naukowców Polaków jest mniej niż 10 (ja doliczyłem się bodaj sześciu, ale raport jest w mało poręcznym formacie, więc mógł mi ktoś umknąć).

Jestem pewien, że istnieją jakieś pozytywne aspekty w obecnej sytuacji polskiej nauki. Jestem pewien, że są rzeczy, z których powinniśmy się cieszyć, i osiągnięcia, z których powinniśmy być zadowoleni. Jestem pewien, że mamy w kraju badaczy, z których możemy być dumni.

Ale myślę, w bardzo polskich duchu, że warto pamiętać o tym, że najważniejsze jest to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów.

17 Comments

  1. A może zawsze jesteśmy na szarych końcach ponieważ w naszym kraju nie ma dogodnych warunków do rozwoju polskiej nauki. Jak już ktoś wyżej pisał, co „mądrzejsi” uciekają na Zachód, gdzie mam wrażenie mogą liczyć na większe wsparcie i środki. No i żeby reklamować w telewizji studia, promować naukę – to jest coś nie halo.

    Lubię

  2. Proponowałbym jeszcze dodać jaki jest koszt uzyskania takich wyników (w odniesieniu np. do nakładów na naukę lub wynagrodzeń uczonych w poszczególnych krajach) oraz sprawdzić, jaki jest koszt umieszczenia w rankingu AWRU np. Uniwersytetu Warszawskiego w porównaniu z np. Boston College. Weźmy do tego pod uwagę średnie wynagrodzenie na obu uczelniach.

    Lubię

    1. No dobrze, ale koniec końców nie chodzi już nawet o ten nieszczęsny ranking AWRU, nad którym się wszyscy znęcają (w którym Czechy wciąż wypadają lepiej od Polski), ale o porównanie regionalne – bo przecież takie porównanie zaprezentowano w Nature. Czyli nie o to, ile kasiory dostaje Boston College (który zresztą bynajmniej nie należy do amerykańskiej czołówki), ale o to, jakie są inwestycje na Estonii, Słowenii czy w Czechach, gdzie zarówno zarobki, jak i koszt życia, są znacznie bardziej porównywalne.

      Jeśli zaś chodzi o „koszt” umieszczenia w rankingu, są przecież dziedziny naturalnie tanie, które mogą równie łatwo pomóc uniwersytety wywindować w rankingach. Nie trzeba mieć od razu LHC w ogródku, żeby osiągać niesamowite wyniki (zapominalskim polecam zainteresować się, w jaki sposób po raz pierwszy otrzymany został grafen. Koszt nie jest nawet rzędu 5 złotych).

      Lubię

  3. Problem jest dość prosty. Procentowo, mamy podobne zasoby ludzi zdolnych, jak inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Nie widzę nic zaskakującego w tym, że jesteśmy gdzieś w środku stawki – statystycznie, to usprawiedliwione.

    Oprócz tego, trzeba pamiętać, że bardzo wielu naukowców z Polski migruje żeby zarobić godziwe pieniądze. Wiem, że nazwiska polskie pozostają, ale (biorąc pod uwagę, jak wiele osób z polskimi nazwiskami jest od pokoleń za granicą) na podstawie samego nazwiska ciężko stwierdzić, czy ktoś jest Polakiem, czy ma tylko polskie korzenie. Praca wydana przez zagraniczną uczelnię lub instytut naukowy sugeruje natomiast, że nie mamy do czynienia z kimś z Polski (i zapewne nie jest wliczana do statystyk na korzyść Polski). Wiem, że wiele osób oburza się, że to niepatriotyczne, że naukowcy nie powinni wyjeżdżać, ale dla wielu osób zajmujących się nauką patriotyzm nie ma dużego znaczenia lub znaczy coś innego niż dla tych, którzy najwięcej o nim krzyczą. Znając dobrze obce języki, potrafiąc poruszać się w multikulturowym środowisku i po prostu potrafiąc dostosować się do niemal każdych warunków, „patriotyzm” traci na znaczeniu lub staję się wręcz infantylny. Na pewno nie pomaga też to, co dzieje się w Polsce, gdzie patriotyzm coraz częściej kojarzy się z kibolami, rasistami, anty-ateistami, krzyżami i paleniem tęczy. Napomknę, że wśród naukowców nie ma zbyt wielu kiboli i rasistów, natomiast jest wielu ateistów i ludzi, którym wspomnienie o gejach i lesbijkach nie podnosi ciśnienia.
    Nie musicie mi wierzyć – sprawdźcie statystyki…

    Lubię

  4. To jest efekt nałożenia się wielu czynników między innymi tego, że dopiero od paru lat (z punktu widzenia awansu naukowego) opłaca się publikować w czasopismach z listy filadelfijskiej. Wielu starszych profesorów ma hirsha na poziomie 2 albo 3 (jak nie zero), ponieważ przez całe życie publikowali po polsku w Polskich czasopismach, które nie ma co się oszukiwać nie liczą się w świecie. Dla młodego polskiego naukowca opublikowanie artykułu w czasopiśmie o dobrych parametrach jest niezmiernie ciężkie. Po pierwsze muszą to być wysokiej jakości badania (na które potrzeba pieniędzy i całego zespołu badawczego) a po drugie pieniądze na opłacenie publikacji. Nierzadko publikacja kosztuje 1000 i więcej dolarów. Sam proces publikacji trwa rok a czasami i dłużej (chyba, że zapłacimy więcej). Po trzecie język angielski. Nie każdy ma takie zdolności aby sprostać wymaganiom językowym recenzentów dobrych czasopism, a uczelnie nie chcą dawać pieniędzy na tłumaczy. Aby nasza nauka miała szansę na dynamiczny rozwój potrzebna jest zmiana myślenia u starszego pokolenia naukowców (w dzisiejszych czasach praca indywidualna nie ma szans powodzenia), a nie wiem czy jest na to szansa w najbliższych latach.

    Lubię

  5. „Bardzo interesująca byłaby analiza pokazująca porównanie pod kątem liczby opublikowanych prac, ale ważonych przez impact factor pisma, w którym były publikowane. Tutaj dodam od razu, że zdaję sobie sprawę z niedoskonałości tego wskaźnika i z chęcią przyjmę sugestie zastosowania jakiegokolwiek innego przybliżenia jakości. Gdyby się komuś oczywiście chciało przeanalizować te, bagatela, 80 tysięcy prac.”

    Kilka lat temu robiłam takie zestawienia, na podstawie rankingów Thomson Reuters (liczba cytowań podzielona przez liczbę artykułów):
    http://swiat-jaktodziala.blog.onet.pl/2008/09/06/polska-nauka-w-rankingach-swiatowych/
    http://swiat-jaktodziala.blog.onet.pl/2009/07/01/polska-nauka-w-rankingach-swiatowych-2/
    http://jedyniesluszne.blox.pl/2010/11/Gdzie-jest-nauka-polska.html

    Lubię

  6. Ja tam bym sie pozycja w rankingu Szanghajskim nie przejmowal. Z kryteriami jak wielokulturowosc etniczna, czy liczba laureatow nagrody nobla duzo punktow nie zgarniemy. Mysle ze istotniejszym pytaniem jest czy polskie uniwersytety przygotowuja np. do pracy w nauce, czy tez bardziej ogolnie: spelniaja swoje funkcje. Mysle, ze tutaj odpowiedzia jest ostrozne tak, w pewnym zakresie oczywiscie. Ja wyladowalem w Berkeley i moge porownac miedzy studentami w Warszawie i tutaj. Mysle, ze o tak zainteresowanych i zorientowanych studentow w Stanach wykladowcy by sie pozabijali. Mysle tez, ze dostalem solidna edukacje na UW, wykladowcy starali sie przekazac ponad program to co sie dzieje w ich dzialce. Plus nie musialem placic $11220 (dla studentow z CA) lub $34000 (studenci spoza stanu).

    Bo zdajecie sobie sprawe ze wiekszosc uniwerkow z czola rankingu Szanghajskiego jest platna… czy tez moze nie…? I ze ranking ten jest wlasnie jedna z metod zachecania studentow do studiow na nomen omen czolowych instytucjach na swiecie?

    Oczywiscie polska nauka musi sie rozwijac i obecne status quo jest niewystarczajace. Tylko ze musimy sie zastanowic jaka wlasciwie funkcje ma pelnic. Jedna to oczywiscie edukacja ludzi oraz prowadzenie badan naukowych. Bez tego staniemy sie barbarzyncami i nie bedziemy mogli nawet korzystac z technologii ktora inni wyprodukuja. Ale w Polsce wlasciwie zniknela wspolpraca z przemyslem oraz komercjalizacja rodzimych technologii. Jesli zwrocilbym uwage na cokolwiek, to wlasnie na to.
    Dziekuje, pozdrawiam.

    Lubię

    1. A ja bym się przejmował. Niezależnie od tego, jaki jest cel takich rankingów (dla jakcih uczelni i w jakich krajach), stanowią one wcale niezłe przybliżenie jakości danej placówki. Podejrzewam też, że podobnie jak w przypadku impact factoru, są one przybliżeniem nienawidzonym, a jednak najlepszym jakie mamy.

      Szanghajskim możemy się nie przejmować, ale w takim razie przejmujmy się rankingiem THE, w którym wypadamy identycznie słabo, a który etniczności i laureatów Nagrody Nobla nie bierze pod uwagę. Bierze za to ilość studentów oraz ilość nadanych tytułów naukowych (także licencjatów i magistrów), więc polskie uczelnie, które przodują w masowym spędzie młodzieży i obiecywaniu im, że po studiach każdy dostaje drzewko, na którym rosną pieniądze, powinny w tych rankingach przodować! A nie muszę chyba dodawać, że nie przodują.

      Co do entuzjazmu studentów, tu bym się nie zapędzał. Pan może kończył studia na jednym z tych nielicznych kierunków, na które idą ludzie mocno zdeterminowani (biotechnologia? genetyka?) – zapewniam jednak, że dzisiaj o takich wcale niełatwo, co obserwuję w opowieściach moich rówieśników, którzy obecnie na polskich uczelniach uczą.

      Nie zapędzałbym się też w kwestii oceny zaangażowania wykładowców, bo i tutaj, chociaż znam wielu znakomitych polskich wykładówców, z przykrością muszę dodać, że tych z tytułem profesora zaangażowanych jest już znacznie mniej. Jest to być może w jakimś stopniu wypadkowa braku entuzjazmu studentów – a może brak entuzjazmu studentów jest wypadkową braku zaangażowania wykładowców. A najprawdopodobniej jest to po prostu błędne koło.

      Lubię

  7. imapct factor nie powinien być miernikiem jakości biorąc pod uwagę patologie jakich dopuszczają się te czasopisma. W zasadzie te zestawienia nie mają sensu dopóki nie zostanie ustalony jakiś miernik jakości nauki. Dyskusja nad blind recenzentami, open accesem itd. sprawia że uwaga powinna być skierowana w stronę zastosowania nauki w przemyśle i praktyce. Poprzez kontakt z praktyką, nauka osiąga najlepsze wyniki i to owocuje w artykułach. Poszukiwanie słabych punktów Polskiej Nauki w liczbie publikacji jest analizą skutków a nie przyczyn.

    Lubię

    1. Cóż, zaznaczyłem przecież, że jeśli ktoś zna lepszy sposób oceny jakości publikacji, to chętnie wysłucham (wzmiankowałem zresztą już kiedyś, że chociaż IF jest straszny, okropny i w ogóle be, to jednak nie mamy obecnie lepszego wskaźnika).

      Z resztą się jednak nie zgodzę. Liczba publikacji – zwłaszcza gdyby dało się ją ważyć przez ich jakość – jest bardzo dobrym wskaźnikiem produktywności naukowców. O ile zaś kontakt świata naukowego z przemysłem jest ważny, to nie powinniśmy, a nawet więcej – nie wolno nam myśleć, że oznacza to, że badania podstawowe można schować do szuflady!

      Na koniec dodam też, że ja w liczbie publikacji nie poszukiwałem przyczyn! Jest to oczywiste, że liczba i jakość publikowanych prac jest tylko wypadkową tego, jakie badania się w Polsce prowadzi, i dlaczego prowadzi się właśnie takie a nie inne.

      Lubię

      1. Może i nie powinniśmy chować podstawowych do szuflady; pytanie tylko – co nam z tego? W ilu dziedzinach/dyscyplinach (jak ja nie lubię polskich szuflad!) liczymy się w świecie? Ilu światowej klasy naukowców mamy zafiliowanych w kraju, żeby wyrzucać kasę w badania później publikowane w liście (pożalcie się Bogowie) B…? Co z tą innowacją, jeśli polski profesor nie opublikuje, ani nie podzieli się wynikiem z kolegą a już tym bardziej z firmą, bo ktoś (chrońcie Bogowie!) zarobi na pomyśle?

        Myślę, że badania aplikacyjne to jedyny rozsądny scenariusz dla Polski. To wzmocniłoby polską przedsiębiorczość, a wtedy może zamiast ulg dla zagranicznych sieciowców, z ulg w strefach ekonomicznych mogłyby skorzystać rodzime podmioty.

        Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s