Skutki uboczne sekretu długowieczności

źródło: flickr; Eric Montfort (CC BY-NC-ND 2.0)

Pomimo tego, że w ciągu dwudziestego stulecia średnia długość życia wzrosła o jakieś ćwierć wieku, wielu z nas nieustannie zadaje sobie pytanie, jak możemy ten wynik poprawić jeszcze bardziej? Lepiej żyjąc? Zdrowiej jedząc? Często też zastanawiamy się, w jakim stopniu nasza potencjalna długowieczność ograniczona jest czynnikami od nas niezależnymi.

Jednym z takich czynników jest oczywiście to, co siedzi w naszych genach. Podejrzewać można na przykład, że osoby dożywające późnej starości nie mają zbyt wielu groźnych – tzw. patogenicznych – mutacji, czy to odziedziczonych od rodziców, czy też nabytych w czasie własnego życia. Podejrzewać można też, że być może osoby te mają za to jakieś mutacje, które są nie tylko nieszkodliwe, ale wręcz przeciwnie – w jakiś sposób pomagają naszemu organizmowi trwać dłużej niż te mizerne średnie 70-kilka lat.

Tę hipotezę postanowili przetestować badacze z kilku amerykańskich uczelni, pod kierownictwem stanfordzkiego badacza znanego z jego prac nad genetycznymi mechanizmami starzenia, Stuarta Kima. Naukowcy zsekwencjonowali pełny genom 17 osób w wieku powyżej 110 lat. Grupa może to i niewielka, ale też nie ma na świecie wielu osób w tym wieku – a nawet w przypadku tych 17 już samo ustalenie, że rzeczywiście mają powyżej 110 lat, było sporym wyczynem z administracyjnego punktu widzenia.

Badacze porównali genomowe sekwencje uczestników badania między sobą, a także z kilkoma setkami sekwencji uczestników Projektu 1000 Genomów. Istnieje co prawda tzw. ludzki genom referencyjny – czyli pojedynczy genom, który może być stosowany jako odnośnik w innych badaniach – ale stosowanie go w przypadku poszukiwania różnic tego rodzaju jest bezcelowe. Łatwo bowiem sobie wyobrazić, że osoba, od której pochodził określony fragment genomu referencyjnego, miała akurat tę samą mutacją, która tych superstulatków, czyni superstulatkami! Znacznie więcej sensu ma zatem porównanie z dużą grupą osób z tzw. populacji ogólnej. Stąd też porównanie z danymi z Projektu 1000 Genomów.

Naukowcy sprawdzili, czy u superstulatków wariant któregoś genu pojawia się znacznie częściej niż w populacji ogólnej. Sprawdzili to na dwa sposoby. Po pierwsze, przetestowali czy w jakimś genie istnieje jakiś polimorfizm pojedynczego nukleotydu (czym są te tzw. SNPy, wyjaśniałem niedawno tutaj), występujący częściej w ich grupie, niż u uczestników Projektu 1000G. Innymi słowy, sprawdzili czy superstulatkowie posiadają jakiś unikalny wariant genu, który powoduje, że kodowane przez ten gen białko w jakiś sposób pomaga im żyć dłużej.

Po drugie zaś sprawdzili, czy któryś u ich uczestników któryś gen częściej ulega modyfikacjom – ale niekoniecznie w jednej konkretnej pozycji, czyli czy w którymś genie jest więcej SNPów, z których każdy może dawać pozytywną zmianę. Co znaleźli?

źródło: flickr; Eric Montfort (CC BY-NC-ND 2.0)
źródło: flickr; Eric Montfort (CC BY-NC-ND 2.0)

Jedno wielkie nic. Co w zasadzie nie powinno być może zaskoczeniem: oczekiwanie, że istnieje jeden gen – czy nawet grupa genów – które jakimś sposobem pozwolą nam dożyć setki, jest tak samo realistyczne jak oczekiwanie, że znajdziemy jeden (lub – tylko kilka) genów odpowiedzialnych za jakąkolwiek złożoną cechę: inteligencję, wzrost, budowę ciała. Lub też jeden gen, którego mutacja prowadzi do złożonych chorób, od autyzmu począwszy, poprzez schizofrenią, po cukrzycę i inne choroby tzw. cywilizacyjne (które jednak często mogą mieć przynajmniej częściowe podłoże genetyczne).

Chociaż badacze nie znaleźli wariantu wzbogaconego u superstulatków (w sensie statystycznym), niektóre warianty były odrobinę częstsze – trudno jednak ocenić znacznie tego zjawiska, biorąc pod uwagę rozmiar próby. Innymi słowy, nie wiadomo, czy były one częstsze z konkretnego biologicznego powodu, czy też dlatego, że próba była za mała – i gdyby superstulatków w badaniu było nie 17, ale na przykład 500, to te czy te różnice by się całkowicie nie wyrównały. Niemniej jednak naukowcy postanowili przetestować najczęstszy wariant w genie TSHZ3. W tym celu zsekwencjonowali dodatkowe 99 osób, w wieku 98-105 lat, i sprawdzili, czy i w tej grupie ten wariant pojawia się częściej. I ponownie raczej bez niespodzianki odkryli, że nie.

Jakie stąd płyną wnioski? Ano takie, że sekret długowieczności pozostaje tym, czym zawsze był – sekretem. I że najprawdopodobniej nie ma pojedynczych genów, które mogą nam w tym wyścigu do dłuższego życia dać jakąkolwiek przewagę. Ale jeśli są, to biorą udział w genetycznych oddziaływaniach tak skomplikowanych, że i tak nie są jedynym czynnikiem, który musimy brać pod uwagę.

Badanie ma jednak inny ciekawy, filozoficzno-etyczny aspekt, otwierający drzwi do znacznie szerszej dyskusji, która toczy się w środowisku genetyków na Zachodzie już od jakiegoś czasu, a i do Polski zapewne szybko przywędruje (o ile już nie przywędrowała – to powiedziawszy, różnica polegać może na tym, że na Zachodzie problem dyskutują już media codzienne, u nas, jeśli ktokolwiek, to tylko w naukowych kuluarach).

Otóż sekwencjonując oryginalną grupę superstulatków badacze sprawdzali też częstość występowania znanych mutacji patogennych. Znaleźli takie mutacje u dwójki uczestników. Jedno z nich miało wariant słynnego genu BRCA1 (którego różne mutacje pozwalają określi ryzyko zachorowania na raka piersi). O tym akurat wariancie nie wiemy dosyć, aby stwierdzić, czy stanowi on zagrożenie dla osoby, która go posiada, a jeśli tak, to jak duże. Drugi uczestnik posiadał wariant, o którym wiadomo, że może prowadzić do arytmogennej kardiomiopatii prawej komory – czyli genetycznej choroby serca, która zazwyczaj prowadzi do śmierci u młodszych osób.

Uczestnik z wariantem powodującym tę rzadką miopatię zmarł z przyczyn od tego wariantu niezależnych. Ale już sam fakt, że dożył tak późnego wieku wskazuje na problem, który pojawia się w przypadku badań przesiewowych, czy to genetycznych, czy innego rodzaju, powinniśmy pacjenta informować o każdej potencjalnie patogennej mutacji? O każdej dziwnie wyglądającej plamie na zdjęciu rentgenowskim? O każdym minimalnie różnym od średniej wyniku badania krwi?

Przypadkowe odkrycie problemu zdrowotnego, który może, ale nie musi, okazać się istotny, to tzw. wynik incydentalny. Problem tego, czy pacjenta należy, czy też nie, informować o wynikach incydentalnych, jest poważnym problemem etycznym. Wyobraźmy sobie taką sytuację: na ulicy poślizgnęliśmy się na skórce od banana, upadając zaś na chodnik straciliśmy na moment przytomność. Jest duża szansa, że mamy niewielki wstrząs mózgu, ale poza tym nic się nie stało. Badający nas lekarz powinien jednak skierować nas natychmiast na tomografię mózgu.

Badanie zostaje wykonane i rzeczywiście nie wykazuje żadnych problemów związanych z upadkiem. Lekarze jednak dostrzegają niewielki guz mózgu, z gatunku tych rozwijających się bardzo powoli, które mogą w ogóle nie stworzyć zagrożenia w czasie całego naszego życia, gdyż rosną na to po prostu zbyt powoli. Pacjent jednak zostaje o tym wyniku poinformowany i postawiony przed dramatycznym wyborem: może corocznie mieć wykonywany skan, mający na celu stwierdzenie, czy nowotwór rozwija się w sposób zagrażający jego życiu. Alternatywnie, może od razu przejść usuwającą guza operację mózgu – nie muszę chyba podkreślać zagrożeń związanych z takim zabiegiem. Niezależnie od tego, co wybierze, przypadkowe odkrycie zmienia pacjentowi życie nie do poznania.

Trzeba też zdać sobie sprawę z tego, że wyniki incydentalne, nie oznacza wcale, że takie wyniki są rzadkie. Opublikowana kilka lat temu praca opisywała, jak często u pacjentów z urazami, którym wykonano diagnostyczną tomografię komputerową brzucha lub miednicy, wykrywano przypadkiem problemy niezwiązane z urazem. No i okazało się, że dotyczy to niebagatelnej jednej trzeciej pacjentów!

Amerykańskie Towarzystwo Genetyki i Genomiki Medycznej (ACMG) opublikował niedawno listę mutacji genetycznych, które są patogeniczne, i o których należy pacjentów informować, nawet wówczas gdy ich odkrycie jest wynikiem incydentalnym. Ma to, jak widać powyżej, głębszy sens. Z jednej strony pacjent jest informowany o tych mutacjach, które naprawdę stanowią zagrożenie dla jego życia lub zdrowia (chociaż jak widać na przykładzie naszego superstulatka, także tutaj zawsze operuje się prawdopodobieństwami), zaś mutacje których znaczenie dla naszego zdrowia jest niejasne, lub które nie stanowią bezpośredniego zagrożenia – a na pewno nie większe zagrożenie, niż sama wiedza o nich, która może prowadzić do medycznie wątpliwych terapeutycznych decyzji – nie są pacjentowi komunikowane.

W podobnym kierunku idzie decyzja amerykańskiej agencji FDA, które w zeszłym roku zabroniła firmom, które wykonują testy genetyczne dla osób prywatnych (np. 23andme i podobne), umieszczania jakichkolwiek informacji medycznych na temat wyników. Cała sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niemniej najważniejsze przesłanie jest takie: klienci nie powinni być informowani o wszystkich potencjalnych problemach bez wyjątku, bez konsultacji z lekarzem, oraz bez późniejszego wsparcia.

Nie zaoferuję na koniec żadnego rozwiązania: jak już powiedziałem, sprawa jest skomplikowana. Mieszają się tutaj problemy etyczne, z problemami medycznymi, z problemami społecznymi, i wreszcie z problemami biznesowymi. Tak więc rozwiązania prędko nie będzie, a jeśli będzie – to tylko takie, z którego ktoś zawsze będzie niezadowolony.

Powinniśmy jednak wyciągnąć z powyższych dywagacji jeden wniosek: jeśli lekarz, zmuszony być może wytycznymi ministerstwa, czy zapisami ustawy, poinformuje nas o incydentalnym odkryciu takim czy innym, dajmy mu szansę wytłumaczyć, jakie są konsekwencje tego odkrycia. A wyjaśnienie, że być może nie trzeba z tych odkryciem nic robić, przyjmijmy czasem za dobrą monetę, zamiast protestować i składać to na karb prób oszczędzania na pacjencie. Czasem bowiem oszczędność w terapii może też oznaczać oszczędzenie nam zbędnego cierpienia, tak fizycznego, jak i psychologicznego.

4 Comments

  1. Rzekłbym raczej, że poprawiła się przeżywalność, a nie wzrosła długość życia. Długość życia jest mniej więcej stała, tylko mniej ludzi umiera młodo, bo jako tako ogarnęliśmy podstawy higieny i medycyny. Chodzi mi o to, że dzisiejszy 20 latek prezentuje mniej więcej ten sam poziom biologicznej „dojrzałości” co 20-latek sprzed 300 lat.

    Długowieczność to nie jest dożycie 120 lat, z czego drugie 60 jako stały bywalec aptek i szpitali, ale np. dożycie 200 lat, przy czym mając lat 100 być biologicznie „zużytym” jak obecny 40 latek.

    Na to na pewno ma wpływ szereg czynników zewnętrznych jak skład atmosfery, jej ciśnienie czy ilość i rodzaj promieniowania docierającego na powierzchnię planety.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s