Dziedziczność pozagenetyczna prowadzi na manowce

Rzadko porusza mnie kiepska prasa (tudzież blogosfera), ale w ostatnich dniach co najmniej dwa niezależne źródła (z których przynajmniej jedno powinno wiedzieć lepiej) pisały bzdury na temat dziedziczenia pozagenetycznego, więc postanowiłem się odnieść moim niefachowym głosem.

Zanim zacznę narzekać, wyjaśnijmy, czym jest dziedziczenie pozagenetyczne (lub epigenetyczne). Jednym z filarów teorii dziedziczności jest to, że informacja genetyczna jest przekazywana z pokolenia na pokolenie tylko poprzez sekwencję nukleotydów w kwasach nukleinowych. Ewolucja działa zatem selekcjonując osobniki na podstawie wariacji w zapisie kodu genetycznego – wariacji, która wynikać może z mutacji losowych czy też z procesu rekombinacji zachodzącego w czasie produkcji komórek rozrodczych.

Na tę wariację nie ma za to wpływu środowisko. Wynika to między innymi z tego, że w naszych organizmach komórki somatyczne nie mają wpływu na komórki rozrodcze; tak więc nawet jeśli środowisko wpływa w jakiś sposób na zachowanie komórek somatycznych, nie ma mechanizmów pozwalających przekazać tę informację komórkom rozrodczym, a co za tym idzie – przyszłym pokoleniom. W organizmie ludzkim (i nie tylko) istnieją dodatkowo mechanizmy, które wprost zapobiegają przekazywaniu potomstwu informacji innej, niż informacja genetyczna.

W jaki sposób środowisko może wpływać na zachowanie komórek somatycznych? Jednym z bardzo dogłębnie w ostatnich dekadach badanym fenomenem jest tzw. metylacja DNA: proces, w trakcie którego reszty cytozyny są modyfikowane poprzez przyłączenie grupy metylowej. Proces metylacji ma olbrzymie znaczenie w regulacji naszych genów. Kontroluje on na przykład, czy dany gen w danej komórce ulega ekspresji. Problemy z metylacją prowadzić mogą do poważnych problemów zdrowotnych – na przykład raka.

W trakcie rozwoju embrionalnego ssaków dochodzi do ciekawego zjawiska: do reprogramowania epigenetycznego. Podczas tworzenia komórek rozrodczych w embrionie, ich wzór metylacji (pochodzący od rodziców) zostaje całkowicie wyczyszczony i ustalony od nowa. Czyli innymi słowy, ta epigenetyczna informacja nie jest dziedziczona.

W ostatnich latach na salony powrócił jednak koncept dziedziczenia epigenetycznego, które miałoby tłumaczyć, jak cechy nabyte przez rodziców są dziedziczone przez ich potomstwo (spoiler: nie są). Wysyp badań w tej dziedzinie jest ogromny, trudno więc winić dziennikarzy i blogerów dających się ponieść modzie. Ale można ich przynajmniej prosić o nieco większą dozę zdrowego sceptycyzmu.

Skąd się bierze ta wiara w dziedziczenie cech nabytych? Po pierwsze, z niezrozumienia, że biologia jest skomplikowana i to, że jakieś zjawisko zachodzi w małym robaku albo roślinie, nie oznacza jeszcze, że zachodzić będzie u człowieka. Po drugie zaś, z niezrozumienia różnicy pomiędzy dwoma rodzajami dziedziczenia epigenetycznego. Ponieważ nie ma dobrych polskich odpowiedników, zdefiniuję je tutaj, jako dziedzicznie międzypokoleniowe (and. transgenerational) oraz wewnątrzpokoleniowe (ang. intergenerational).

Ta różnica jest krytyczna, ponieważ podkreśla, kiedy mamy do czynienia z prawdziwym dziedziczeniem. Takim jest dziedziczenie międzypokoleniowe: czyli przekazywanie informacji poprzez wiele pokoleń, z których tylko pierwsze było wystawione na bodziec prowadzący do nabycia danej cechy. Niechże tym bodźcem będzie uderzenie zabłakaną intensywną wiązką promieniowania kosmicznego, które prowadzi do mutacji dającej nową cechę – np. różowy kolor oczu. Przy dziedziczeniu międzypokoleniowych (lub po prostu dziedziczeniu) mutację nabywa tylko pacjent zero. Kolejne pokolenia mają różowe oczy, pomimo tego, że nie są poddawane bombardowaniu takimi samymi dawkami promieniowania.

W przypadku dziedziczenia wewnątrzpokoleniowego na bodziec wystawiony jest nie tylko pacjent zero: modyfikacji ulegają też jego/jej komórki rozrodcze. A jeśli pacjent zero jest w ciąży, to także komórki rozrodcze płodu. Jeśli modyfikacja zostanie dokonana na poziomie sekwencji genu, to oczywiście zostanie odziedziczone przez kolejne pokolenia. Jeśli jednak do modyfikacji dojdzie na poziomie epigenomu – np. poprzez zmiany w metylacji DNA, to pomimo tego, że fenotyp może wydawać się dziedziczny, ponieważ wykazywać będzie go nie tylko rodzic, ale także jego dzieci, a nawet dzieci jego dzieci, to jednak nie mamy do czynienia z prawdziwą dziedzicznością – cecha zaniknie bowiem w czwartym pokoleniu, u którego zmiana metylacji DNA zostania wymazana w trakcie reprogramowania epigenetycznego. I to jest właśnie ta dziedziczność wewnątrzpokoleniowa.

Problem niestety polega na tym, że aby odróżnić (po prostu) dziedziczność od dziedziczności epigenetycznej, potrzeba obserwacji wielu pokoleń. A to, w przypadku ludzi, jest po prostu zadaniem trudnym.

Nie jest jednak tak, że jest to zadanie łatwiejsze w innych organizmach – do tego zaś wiele czynników, nad którymi nie zawsze mamy kontrolę, utrudnia odróżnienie dziedziczenia między- i wewnątrzpokoleniowego. Wiele przykładów dziedziczności epigenetycznej zostało opisanych np. w roślinach. Nie powinno być zatem zaskoczeniem, że zarówno ojciec współczesnej epigenetyki (przynajmniej na poziomie filozoficznym), Jean-Baptiste Lamarck, jak i niesławny Trofim Łysenko, byli botanistami. Tylko że większość przykładów dotyczy tutaj właśnie dziedziczenia wewnątrzpokoleniowego, a do zamieszania dodaje także to, że wiele gatunków roślin może przez długie okresy rozmnażać się poprzez klonowanie, nie produkując w ogóle komórek rozrodczych.

Na ile jestem w stanie stwierdzić, międzypokoleniowe dziedziczenie pozagenetyczne u ssaków pozostaje zjawiskiem nieudowodnionym.

I tu na scenę wkraczają dwa źródła, które tak mnie rozzłościły, że aż postanowiłem wyrwać się z hibernacji i popełnić ten przydługi wpis.

Pierwsze z nich, to wpis na blogu Polowanie na zdrowie – skądinąd niezłym, chociaż autorowi zdarzają się tyleż często teksty znakomite, co kiksy takie, jak ten ostatni na temat rasizmu. Pomijam już tezę leżącą u podstaw wpisu: ja mam alergię na wpisy łączące w jednym zdaniu rasę i inteligencję, nawet jeśli próbują debunkować związek pomiędzy tymi dwoma pojęciami (jeśli z żadnego innego powodu jak ten, że koncept rasy nie ma z genetycznego punktu widzenia żadnego sensu).

Autor jednak pokusił się o próby tłumaczenia, dlaczego u populacji afrykańskich obserwuje się niższe IQ niż u np. Amerykanów, za pomocą dziedziczenia epigenetycznego. Jak wyjaśniłem powyżej – u ludzi jest praktycznie niemożliwe rzeczywiste dziedziczenie cech nabytych. Próby traktowania gorszego dostępu do edukacji do wytłumaczenia różnic w fenotypie tak skomplikowanym jak inteligencja (w dodatku mierzonym wskaźnikiem tak prostackim jak IQ) uważam za po prostu śmieszne. Lepsze wyniki w testach na inteligencje u osób, które mają lepsze warunku bytowe, nie wynikają z epigenetyki – wynikaja tylko i wyłącznie z lepszych warunków bytowych! No i mam nadzieję, że autor mi ten przytyk wybaczy, ale nie mogłem sobie darować.

Drugie źródło jest o tyle groźniejsze, że bardziej mass-medialne. W zeszły piątek The Guardian opublikował tekst Helen Thomson opisujący wyniki opublikowane w niekiepskim periodyku psychiatrycznym, Biological Psychiatry, które opisywały wewnątrzpokoleniowe efekty metylacji genu FKBP5, który jest znanym markerem ekspozycji na stres, u osób, które przyżyły Holocaust, oraz u ich potomstwa.

Na czym polega problem? Praca, sformułowana zresztą bardzo ostrożnie, od razu w tytule wyjaśnia, że mamy do czynienia z obserwacją efektów wewnątrzpokoleniowych. Autorka tekstu gazetowego ogłosiła jednak, że jest to pierwsze badanie pokazujące, że zmiany epigenetyczne wywołane przez środowisko mogą być przekazane potomstwu. Ponadto, w sposób raczej niedwuznaczny (i wielokrotnie) podkreślała, że badanie pokazuje, że cechy nabyte mogą być przekazywane potomstwu poprzez pokolenia (sugerując, że mamy do czynienia z dziedziczeniem międzypokoleniowym).

Poza Guardianem temat podchwyciło wiele innym portali informacyjnych i gazet mniej lub bardziej lubujących się w skandalizowaniu – Daily Mail, ale i Telegraph oraz Quartz, a w Polsce także na przykład Wyborcza. Wszystkie teksty powielają bzdury z Guardiana.

Czemu bzdury?

Wyjaśnijmy najpierw najbardziej oczywistego kwiatka. Praca nie jest w żadnym razie pierwszym dowodem na pozagenetyczne dziedziczenie wewnątrzpokoleniowe, ani u ssaków w ogóle, ani u ludzi w szczególności. Dla przykładu: w 2012 roku w piśmie BMC Medicine ukazała się praca pokazująca, że podanie ciężarnym szczurom nikotyny prowadzi do astmy nie tylko u dzieci, ale także niepoczętych jeszcze w czasie ekspozycji wnukom ciężarnych zwierząt.

U ludzi, najbardziej znanym przykładem jest badanie, przeprowadzone w małej szwedzkiej mieścinie Överkalix. Celem badania było sprawdzenie wpływu czynników środowiskowych na dziedziczenie epigenetyczne. Naukowcy uwzględnili 303 osoby urodzone w latach 1890, 1905 oraz 1920, a także ponad 1,800 dzieci oraz wnuków. Ponieważ dane były historyczne, nie możemy niestety powiedzieć, czy powodem były zmiany w metylacji DNA, czy może inne efekty epigenetyczne. Ale wyniki były arcyciekawe.

Okazuje się na przykład, że jeśli babka po stronie ojca w czasie swojego dzieciństwa przeżyła okres, w trakcie którego doszło do dużych zmian diety (hm, wojna, anyone?), jej wnuczki miały podwyższone ryzyko chorób krążenia. Efekt nie dotyczył jednak chłopców. Jeśli natomiast w okresie dojrzewania dziadek po stronie ojca miał dostęp do nadmiaru jedzenia, u wnuków wzrastała śmiertelność spowodowana cukrzycą.

Tyle o pierwszeństwie badań.

Znacznie poważniejszym problemem badania jest… samo badanie! I ponownie muszę podkreślić, że autorzy samej publikacji o swoich doniesieniach wypowiadali się bardzo ostrożnie, a to prasa (jak to prasa) sprawę rozdmuchała.

O czym więc było to badanie? Naukowcy postanowili sprawdzić, jak stres związany z przeżyciem Holocaustu wpływa (i czy wpływa w ogóle) na potomstwo osób, które przetrwały wojnę. W badaniu uwzględniono 32 osoby pochodzenia żydowskiego, które przeżyły Holocaust, oraz 8 osób, które w tamtym okresie znajdowały się prawdopodobnie gdzie indziej – a także 22 potomków pierwszej i 9 potomków drugiej grupy. Chociaż trudno badaczy winić o mały (a jest to bardzo mały) rozmiar próby, bo w końcu osoby, które przeżyły Holocaust, w większości już albo zmarły albo są bardzo, ale to bardzo stare, to jednak oznacza to, że wiele czynników, które mogły mieć wpływ na wyniki, po prostu nie da się uwzględnić.

Osoby, które przeżyły Zagładę, była klasyfikowane jako takie, jeśli w czasie wojny przebywały w obozie koncentracyjnym, były świadkami tortur lub były zmuszone do ucieczki przez Nazistami. Co już samo w sobie jest kryterium tyleż szerokim, co zróżnicowanym.

Badanym parametrem była metylacja genu FKBP5. Kilka lat temu inne badanie pokazało, że metylacja tego genu jest markerem stresu. Tutaj, u rodziców, którzy przeżyli Holocaust, metylacja tego genu była zwiększona w porównaniu do kontroli. Jednak u ich potomstwa, metylacja tego genu, w porównaniu z kontrolą, uległa zmniejszeniu! Ten przeciwny kierunek obserwowanego fenomenu jest trudny do wytłumaczenia – a tłumaczenie go dziedziczeniem ma wydźwięk szarlataństwa (trochę tak, jakby próbować tłumaczyć czarny kolor oczu tym, że oboje rodzice mają oczy niebieskie).

Dość technicznym mankamentem pracy wreszcie jest to, że metylację FKBP5 badano w próbkach krwi. Krew jest płynem fizjologicznym łatwym do pobrania, a obecność różnorakich komórek oznacza, że znajduje się w niej pełno materiału genetycznego do badań, jednak właśnie ta różnorakość komórkowa jest zgubą tego rodzaju badań: metylacja genów może się bowiem (w odróżnieniu od ich sekwencji) bardzo różnić pomiędzy różnymi rodzajami komórek. Jeśli zatem z krwi nie wyizolowano tylko jednego ich rodzaju, wynik, który widzimy, jest tylko nieinterpretowalną średnią.

Co zatem można o badaniu i wynikach powiedzieć? Ano niewiele – co najwyżej tyle, że chociaż badanie jest ciekawe, to pozostaje w sferze głębokich spekulacji.

Co można powiedzieć na pewno o dziedziczeniu epigenetycznym?

Po pierwsze, że takie dziedziczenie międzypokoleniowe nie zostało, jak na razie, dowiedzione (z całą pewnością nie u ssaków, wydaje mi się także, że jeszcze nie u żadnych kręgowców. Pewności co do bardziej prymitywnych organizmów nie mam).

Po drugie, że pozagenetyczne dziedziczenie wewnątrzpokoleniowe w ścisłym sensie dziedziczeniem nie jest! I chociaż głoszenie lamarckizmu jest znowu modne (bo i modna jest epigenetyka), to warto pamiętać, że nazywanie jakiegoś procesu dziedziczeniem jeszcze go dziedziczeniem nie czyni.

Przypisy:

Dwa znakomite blogi także rozebrały publikację w Biological Psychiatry na części pierwsze: ich komentarze są nieco bardziej techniczne od mojego, ale i tak zachęcam do przeczytania: Over-interpreted epigenetics study of the week oraz Holocaust trauma: is it epigenetically inherited?

Advertisements

24 Comments

  1. Piszesz, że podczas rozwoju embrionu wzorzec metylacji jest czyszczony i ustawiany na nowo. Czy to oznacza, że jest on gdzieś zapisany np. w DNA? Jeśli tak może podlegać dziedziczeniu jak reszta DNA.

    Lubię

  2. Twój „prostacki wskaźnik IQ”- podoba mi się zwłaszcza, że katują nim dzieci a autyzmem, zarówno ten wskaźnik jak i inne zawarte w mniej lub bardziej głupawych testach – używanych przez poradnie i lekarzy, wkurzają mnie tak samo, jak wypisywane brednie w opiniach końcowych. Problem dziedziczenia np. cech autystycznych – to już pole do popisu innych fantastów… tak jak przyczyny powstawania…

    Lubię

    1. Marcinie, dzięki za linki. O artykułach wiem – nie wnoszą one jednak do dyskusji wiele. Są tylko przepychanką między główną autorką a krytykiem, który uważał, że wnioski oryginalnej pracy (opublikowanej w marcu tego roku) nie są poparte danymi. Wydaje mi się jednak, że – jak wyjaśniła autorka – są.

      Krytyk podkreśla, że potrzebne nam są wysokie standardy w badaniach próbujących dowieść lub zaprzeczyć istnieniu dziedziczenia pozagenetycznego. Wydaje mi się jednak, że zarzucanie oryginalnej pracy problemów z jakością jest na wyrost: z komentarza wygląda na to, że krytyk miał po prostu oczekiwania większe, niż praca dostarcza. Co nie znaczy wcale, że badanie jest błędne.

      Krytyk sugeruje też, że obserwacje autorów mogą być wytłumaczone alternatywnych mechanizmem (który dowodziłby istnienia dziedziczenia pozagenetycznego). Ale jak wielu zwolenników tej hipotezy, nie dostarcza na niego żadnych dowodów (podczas gdy autorzy mają dość solidne podstawy, by taki mechanizm wykluczyć).

      Ja więc pozostaję nieprzekononany.

      [Dysklejmer dla nieregularnych Czytelników bloga: chociaż po nocach zakładam maskę nieposkromionego blogera, za dnia pracuję w rzeczonym periodyku – Genome Biology – jako Senior Editor.]

      Lubię

      1. Faktycznie, zapomniałem że tam się udzielasz… ;)

        Dzięki za TL;DR obu linków. Sama lektura obu listów i tak jest interesującym doświadczeniem.

        Lubię

  3. Warto wspomnieć, że epigenetyka to nie tylko metylacja DNA, ale również np. priony, które przynajmniej w populacji drożdży mogą być stabilnie dziedziczone.

    Science. 2010 Oct 29;330(6004):629-32. doi: 10.1126/science.1191081.
    Epigenetics in the extreme: prions and the inheritance of environmentally acquired traits.
    Halfmann R1, Lindquist S

    Lubię

  4. U Campbella są wymienione dwie drogi dziedziczenia poza mendlowskim.
    Jeden to dziedziczenie u organelli (np. mitochondrialne), a drugi nosi nazwę imprintingu genetycznego. I o ile pamiętam, to jest dosyć szerokie pojęcie, które mieści w sobie różne procesy, nie tylko metylację (która pojawia się na różnych poziomach transkrypcji-translacji-tworzenia białek).
    Ale może już coś zapomniałem. W każdym bądź razie u Campbella jest trochę inna nomenklatura, albo coś mi się pomerdało. :)

    Liked by 1 osoba

    1. Nie wiem, czy myślimy o tym samym Campbellu, ale jeśli tak, to nie wiem, czy ma sens przywoływanie definicji, które zostały sformułowane zanim w ogóle było wiadomo, jak dziedziczenie może działać na poziomie molekularnym (a argument za lub przeciw dziedziczeniu epigenetycznemu rozstrzyga się w dużej mierze na tym poziomie właśnie…).

      Lubię

      1. Neil A. Campbell. Ponieważ w Polsce po raz pierwszy wydano „Biologię” w 2012 (Rebis) oryginalne wydanie ósme, więc jest to nowe tłumaczenie nomenklatury. Tylko nie wiem czy terminologia jest campbellowsko-angielska (wydanie ósme, i z tego co czytałem jest zaktualizowane o bieżącą wiedzę) czy polska (jeśli się w ogóle różnią). Czytając Twój wpis i potem zaglądając do „Biologii” chciałem się upewnić, aby móc zrozumieć. A nie żeby się mądrzyć, wytykać i trollować. Temat jest skomplikowany i mając ciekawie opisane przez Ciebie proces chciałem go jakoś dopasować do narracji z Biologii. I nie byłem pewien czy to ten sam proces pod dwoma nazwami czy dwa procesy z czego jeden zawiera sie w drugim.
        Jeszcze raz w łykend poczytam i może załapię.
        Pozdrawiam.

        Lubię

        1. Nie ma sprawy, ja tego nie wziąłem za trollowanie! Ale zdecydowanie mieliśmy na myśli różnych Campbellów (ja myślałem o jednym, który o dziedziczności pisał od czasu do czasu na przełomie XIX i XX wieku).

          NB. W angielskiej wiki w artykule o dziedziczeniu cech nabytych, Campbell (twój) jest jednym z bardzo nielicznych źródeł. Wydaje mi się zatem, że w kwestii tak bardzo hipotetycznej jak to zjawisko, trzeba go jednak traktować z przymrużeniem oka.

          Lubię

          1. No i mam zachwostkę. Bo taka Biologia Campbella/Reese jest taką biblią biologiczną jak onegdaj Ville. To coś jak wykłady berkeleyowskie Reznicka czy wykłądy Feynmana w Fizyce. Znaczy, że ta Biologia jest słaba??? ALbo coś przekłamuje?

            Lubię

          2. Trudno mi się wypowiadać, bo nigdy z tego podręcznika nie korzystałem. Ale może warto rzucić okiem na przypisy do rozdziału (jeśli są). Zresztą z Twojego pierwotnego opisu tego, co jest w książce, wcale nie wynika, że są w niej błędy – raczej, wydaje mi się, różnice są w interpretacji tekstu. Także jak bym jeszcze książki na śmietnik nie wyrzucał…

            Lubię

    1. Bo masz matkę w ciąży, wewnątrz której rozwija się kolejna „matka”, której materiał genetyczny w gametach w tym samym momencie ulega metylacji. Co znaczy, ze przekaże cechę swojemu dziecku, ale jego gamety będą się rozwijać w innych okolicznościach co spowoduje zanik wyżej wspomnianej zmiany. 1+1+1=3 pokolenia z daną cechą. W czwartej jej juz brak.

      Lubię

      1. No zaraz. Artykuł twierdzi, że przy rozwoju embrionalnym ssaków dochodzi do reprogramowania epigenetycznego. Dlaczego to reprogramowanie nie ma miejsca już w przypadku rozwoju embrionalnego trzeciego pokolenia, który następuje już bez czynnika powodującego?

        Wymóg czterech pokoleń sugeruje, że to reprogramowanie działą w bardziej rozmyty sposób, może czasem tak, a może czasem nie.

        Lubię

        1. Myślę, że znalazłem odpowiedź. Artykuł jest trochę nieścisły, stwierdzając, że reprogramowanie epigenetyczne następuje podczas rozwoju embrionalnego. Wychodzi na to, że jest to bardziej na zasadzie „zwykle działa, u różnych gatunków różnie, czasem przy gametogenezie a czasem przy rozwoju embrionu, czasem do ‚czystego’ embrionu dochodzi do wtórnej metylacji”, więc 4 pokolenia są bezpieczną granicą.

          http://learn.genetics.utah.edu/content/epigenetics/inheritance/

          Liked by 1 osoba

          1. Miałem powiedzieć: nie mam pojęcia. No ale skoro już sam sobie odpowiedziałeś… ;) Tak na serio: bardzo mało wiemy jeszcze o reprogramowaniu epigenetycznym, a ja też i nie jestem specjalistą od biologii rozwoju, więc nie wiem dokładnie, w którym momencie rozwoju człowieka do tego dochodzi. I jak słusznie zauważyłeś, to kiedy i czy w ogóle i jak zachodzi ten proces – jest bardzo zróżnicowane. Jest to zresztą kolejny powód, dla którego doniesienia o pozagenetycznym dziedziczeniu międzypokoleniowym u innych organizmów traktuję ze zdrową dozą sceptycyzmu w kwestii tego, czy to się w ogóle jakkolwiek sprawdzi u ludzi.

            Nawiasem mówiąc, jedynym badaniem, o którym wiem, które pokazało jakieś tam potencjalnie dziedziczenie epigenetyczne przekraczająca dwa pokolenia (od dziadków do wnuków) jest badanie Överkalix. Tylko że w tym badaniu szukano związku pomiędzy czynnikami środowiskowymi mającymi wpływ na dziadków, a mierzalnymi parametrami fizjologicznymi u wnuków. Więc nawet jeśli jakieś tam związki statystycznie znaczące da się znaleźć, to i tak nie mamy pojęcia co – i czy cokolwiek – dzieje się na poziomie molekularnym. I w tym przypadku, biorąc pod uwagę, że najstarsze pokolenie w tym badaniu prawdopodobnie całkiem już wymarło, raczej nigdy się nie dowiemy.

            Wszystkie inne badania na ludziach, o których czytałem, dotyczą dziedzieczenia epigenetycznego pomiędzy rodzicami a dziećmi. Więc tutaj raczej niespodzianki nie ma.

            Lubię

      1. Dzięki. Jakoś ten duch Lamarcka mało mi się podoba, ale ciężko mi dyskutować z wynikami badań, kiedy nie odwołują się do jakichś Jungowskich duchów przenikających ciała i dusze, ale do prostej metylacji DNA.

        Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s