Nagła zmiana wirusowego krajobrazu

Mikrografia elektronowa cząsteczek wirusa Ebola otaczających chorą komórkę./źródło: flickr; NIAID, NIH (CC BY 2.0)

W lecie 2014, gdy na dobre zaczynała szaleć epidemia Eboli, próbowałem uspokajać (po histerycznym tekście naTematu), że Ebola nam, Europejczykom, specjalnie nie grozi – a już na pewno nie na taką skalę, na jaką jest obecnie zagrożeniem w środkowej Afryce. Dzisiaj epidemia niemal się skończyła, chociaż odnotowywane wciąż są nowe jej przypadki. Te jednak są nieliczne i wygląda na to, że najgorsze jest już za nami.

W tamtym tekście tłumaczyłem, dlaczego wirus nas grozi raczej niebardzo. Ma to przede wszystkim związek z tym, w jaki sposób się przenosi (przez kontakt z płynami fizjologicznymi chorego), i jaka jest statystycznie szansa na kontakt z chorymi (mała w sierpniu 2014 roku, gdy przypadków było mniej niż 2,000; większa teraz, gdy przypadków było prawie 30,000 – ale wciąż niewielka). I na początek warto bardzo podkreślić, że w tej kwestii niewiele się zmieniło: wirus nadal nie opanował sztuczki przenoszenia się drogą kropelkową. Nieliczne przypadki wirusa poza epicentrum epidemii dotyczą osób, które miałyt bezpośredni kontakt z chorymi (najczęściej jako personel medyczny).

Niemniej pewne dwie nowe informacje, które wypłynęłyt na światło dzienne w ubiegłym tygodniu, zmieniają nieco ten krajobraz i dają nam nowy wgląd w mało jednak do tej pory zbadaną biologię tego wirusa.

Pierwsza informacja, to dwie prace opublikowane w prestiżowym medycznym periodyku The New England Journal of Medicine. Publikacje opisują badania sprawdzające, czy wirusa da się wykryć w spermie mężczyzn, którzy przeszli chorobę. To, że Ebola może się przenosić poprzez spermę, nie jest niczym nowym – organizacje zdrowia publicznego (WHO, CDC itd.) od początku epidemii uprzedzały, że wirus może w spermie być obecny od 6 do 8 tygodni od momentu wyleczenia. Kilka starych prac jeszcze z ubiegłego wieku sugerowało, że okres ten może być jeszcze dłuższy, nawet do trzech miesięcy.

Jedna z prac opublikowanych w NEJM opisuje kazus byłego pacjenta, który zaraził swoją partnerkę. Mężczyzna chorobę przeszedł w lecie 2014 roku. W marcu 2015 odbył stosunek seksualny z kobietą, która niecałe dwa tygodnie później została przyjęta do szpitala z objawami Eboli, gdzie w ciągu tygodnia zmarła. Od mężczyzny, jego brata oraz byłej żony (którzy także przeszli przez chorobę w 2014 roku) pobrano próbki wirusa, któ®e wraz z próbką pobraną od zmarłej pacjentki poddano sekwencjonowaniu, a następnie porównano także z archiwalnymi geograficznymi danymi. Ta analiza pokazała, że wirus wykryty u pacjentki był blisko spokrewniony z wirusem wykrytym u mężczyzny i jego rodziny, ale nie z późniejszą wesją wirusa zarejestrowaną w Liberii (z której pochodziła kobieta).

Ostatni test, który u mężczyzny nie wykazał obecności wirusa, przeprowadzony został na początku października 2014 roku, co oznacza, że od momentu, kiedy uznano go za wyleczonego, do momentu, kiedy zaraził swoją partnerkę, upłynęło blisko pół roku.

Autorzy drugiej pracy w NEJM przeprowadzili znacznie bardziej systematyczne badanie. Do pracy zrekrutowano 100 mężczyzn ze Sierra Leone, którzy przetrwali infekcję Ebolą. Ostatecznie u 46 (ok. 50%) wykryto ślady wirusa, w tym u wszystkich 9 mężczyzn, którzy próbkę spermy oddali 2-3 miesiące po infekcji, u 65% mężczyzn, którzy próbkę oddali 4 do 6 miesięcy po infekcji, oraz u 26% mężczyzn, którzy próbkę spermy oddali 7 do 9 miesięcy po infekcji.

Czyli: chociaż o tym, że wirusem można zarazić się poprzez stosunek, wiadomo było od dawna, żyliśmy jednak dotąd w przekonaniu, że wirus w spermie utrzymuje się tylko przez kilka miesięcy. Wygląda jednak na to, że nie jest to tak oczywiste. Można się też spodziewać, że poza badaniem tego, jakie jest ryzyko zarażenia wirusem tą drogą, naukowcy przyjrzą się też na przykład skuteczności prezerwatyw w ochronie przed tą infekcją. Warto jednak zaznaczyć, że ryzyko zarażenia się w ten sposób jest wciąż ograniczone geograficznie, a także że do tej pory odnotowano mniej niż dwa tuziny takich przypadków na świecie.

Druga informacja, która obiegła media w zeszłym tygodniu jest bardziej też niepokojąca. 9 października do jednego z londyńskich szpitali przyjęto jako pacjentkę pielęgniarkę Pauline Cafferkey. Cafferkey pracowała jako pielęgniarka w jednym z polowych centrów medycznych w Sierra Leone, gdzie zaraziła się wirusem. Na poczatku tego roku spędziła miesiąc w szpitalu Royal Free w Londynie (tym samym, w którym przebywa obecnie), gdzie podlegała terapii. Ostatecznie uznano ją za wyleczoną i wypuszczono ze szpitala tylko po to, aby teraz, ponad pół roku później, przyjąć ją ponownie.

Przypadek Cafferkey jest o tyle niepokojący, że jest to pierwszy odnotowany przypadek nawrotu choroby po tak długim okresie, gdy wydawało się, że pacjentce niż już nie grozi. Chociaż stan Cafferkey, jak doniosły dzisiaj media, poprawia się, jej przypadek jest wyraźnym sygnałem alarmowym wskazującym, że musimy o Eboli zacząć myśleć inaczej niż do tej pory.

Do teraz bowiem traktowaliśmy infekcję Ebolą jako jednorazowy wybryk: złapać, przejść i wyzdrowieć. Okazuje się jednak, że zarażenie może mieć w niektórych przypadkach charakter bardziej chroniczny, że wirus wchodzi być może w stan jakiegoś utajenia, aby powrócić ze wzmożoną siłą, gdy organizm nosiciela jest osłabiony na przykład pierwszym jesiennym katarem.

Martwić można się też tym, że u Cafferkey nie było wielu typowych objawów zarażenia Ebolą: wysokiej gorączki i wymiotów. Niemniej jednak wirusa szybko zidentyfikowano, a pacjentkę poddano kwarantannie. Warto jednak zadać sobie pytanie, co by było, gdyby taka sama sytuacja miała miejsce w Gwinei lub Sierra Leone, gdzie szpitale nie są znakomicie wyposażonymi ośrodkami, ale często stanowią budę w szczerym polu, gdzie najlepszym, najbardziej zaawansowanym wyposażeniem jest sam lekarz.

Czy oznacza to, że powinniśmy się bać? Jak podkreśliłem na początku i podkreślę raz jeszcze: nic z tych rzeczy. To, co natomiast powinniśmy zrobić, to zrewidować stan naszej wiedzy na temat wirusa Ebola. Bo prawda jest po prostu taka, że wirus ten nie był do tej pory dobrze zbadany, i dopiero obecna epidemia (i jej skala!) doprowadziła do tego, że zaczęto mu się baczniej przyglądać. Więc jest z pewnościa jeszcze wiele rzeczy, których o nim nie wiemy – oraz rzeczy, które myślimy, że wiemy, ale tak naprawdę to nie mamy zielonego pojęcia.

4 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s