Za zasługi zasłużonym, czyli o pięknie i brzydocie #ASAPbio

Drupa 2012

Podczas gdy w polskiej nauce wszyscy po troszeczku, powolutku ciupią i skrobią, żeby nazbierać punkciki do kolejnej oceny, na świecie odbywa się właśnie rewolucja – a przynajmniej tak każe nam myśleć opublikowany w tym tygodniu tekst w The New York Timesie. Artykuł Amy Harmon poświęcony jest spotkaniu, które odbyło się w lutym i poświęcone było temu, w jaki sposób można przyspieszyć rozwój nauki poprzez wcześniejsze (tzn. przed publikacją w piśmie recenzowanym) upublicznianie wyników w postaci tzw. preprintów.

Dla osób niezapoznanych z systemem publikacji naukowej wyjaśniam (a osoby zapoznane odsyłam do dalszych akapitów): proces publikacji wyników naukowych jest żmudny, trudny i nierzadko frustrujący. Nie wystarczy bowiem spisać rezultaty w jednym dokumencie i wysłać je do pisma. Zanim taka praca zostanie opublikowana, przejść musi proces recenzji.

W tymże procesie recenzenci zwrócić mogą uwagę na przykład na to, że w badaniu brak jest jakiegoś kluczowego eksperymentu, którego obecność jest niezbędna do potwierdzenia zawartych w pracy wniosków. Czego w zasadzie powinniśmy unikać (mam na myśli brak eksperymentów kontrolnych). Ale może się też zdarzyć, że recenzent poprosi o eksperymenty, które niezbędne nie są. Owszem, mogą taką pracę uczynić ciekawszą, ale nie są potrzebne do potwierdzenia jej merytorycznej solidności. I tu wkracza redaktor, który może powiedzieć „dość i basta, publikujemy”, a może też pracę odesłać autorowi i powiedzieć, że bez dodatkowych doświadczeń niech się lepiej z powrotem nie pokazuje. Publikacja do druku trafia dopiero po otrzymaniu znaku jakości od recenzentów i/lub redaktorów. Długość tego procesu bardzo zależy od dziedziny nauki, od rodzaju pracy, od wielkości (tudzież prestiżu) pisma. W naukach przyrodniczych rzadko zdarza się, aby między złożeniem pracy w piśmie a publikacją minęło mniej niż 3-4 miesiące. W ekstremalnych przypadkach minąć mogą nawet lata!

I tu na scenę wkraczają preprinty – opublikowane w internecie prace, które nie przeszły jeszcze procesu recenzji i nie są oficjalnie „opublikowane”. To oznacza, że takie prace nie są na przykład indeksowane w bazach danych, zaś do ich zawartości należy podchodzić z pewną rezerwą. Niemniej jednak wielu naukowców uważa – i słusznie – że czasem warto, aby pomysł czy wynik do domeny publicznej trafił wcześnie. Bo nawet jeśli okaże się, że potrzebne są dodatkowe doświadczenia, aby go potwierdzić, to sam pomysł może zainspirować innych. Pierwsi zrozumieli to fizycy, którzy stoją za sukcesem największego serwisu gromadzącego preprinty naukowe (głównie z zakresu fizyki, metamatyki i statystyki, ale także np. biologii teoretycznej) – arxiv.org.

Jednak wiele innych środowisk było – i nadal jest – bardzo opornych na ten pomysł. Nawet w naukach przyrodniczych, nawet wśród genetyków, którzy na przykład z konceptem open access są za pan brat (chociaż nieco przymuszeni do tego przez finansujące ich instytucje – ale jednak!), idea, że wyniki można ogłosić, zanim ukażą się w piśmie naukowym, długo próbowała zdobyć tarcie. Nie pomagają w tym też same pisma naukowe, z których wiele długo wręcz zakazywało autorom takiej wcześniej publikacji, bojąc się utraty pierwszeństwa (bo a nuż ktoś zobaczy, zrobi podobne badania o opublikuje wcześniej gdzie indziej). To się powoli zmienia – np. pisma z grupy Nature nie mają już nic przeciwko temu (w Genome Biology nigdy nie mieliśmy – co czyni nas pismem raczej dość w tej kwestii wyjątkowym), ale na przykład takie Cell pozwala na to tylko teoretycznie, i raczej na zasadzie że można, pod warunkiem, że będzie to tak dobrze schowane, że nikt tego nie znajdzie, co mija się raczej z celem preprintu. Wreszcie wiele pism medycznych (ale nie tylko) np. z grupy JAMA jest całkowicie przeciwko i publikacja pracy jako preprint dyskwalifikuje ją z publikacji w jednym z tych journali.

Światełko na końcu tunelu pojawiło się w 2013 roku, kiedy Cold Spring Harbor Press otworzyło serwis preprintów skierowany do biologów – bioRxiv.org – który miał być odpowiednikiem arxiv.org. Nie był to pierwszy taki serwis: Genome Biology próbowało się w to bawić na początku tego stulecia, Nature Publishing Group przez kilka lat prowadziło serwis Nature Preceedings. Jednak grunt wyraźnie nie był na takie propozycje wówczas gotowy. BioRxiv otwarty jednak został w momencie, w którym koncept preprintu zaczyna wreszcie docierać do wielu. I chociaż nie jest tak miażdżącym sukcesem jak arxiv.org, to jest znakiem, że biolodzy do preprintów też zaczynają się powoli przekonywać.

To, co pozostaje jednym z głównych problemów do pokonania, to przekonanie, że publikacja wyników jako preprintu grozić może problemami z publikacją w piśmie o wysokim wskaźniku wpływu, a także tym, że ktoś wykorzysta te wyniki i skradnie autorom pierwszeństwo publikacji. Pytanie, które większość z nas może sobie tutaj zadawać to: co to za idiotyzm? W końcu skoro ktoś opublikował preprint wcześniej, to pierwszeństwo nie powinno być problemem ani dla autorów, ani dla pism. Jednak jest – dla pism, bo jest to kwestia prestiżu. Dla autorów – bo jest dla pism. A dopóki oceny naukowców opiera się nie o preprinty, ale o publikacje w recenzowanych pismach, i dopóki panele oceniające badaczy aplikujących o pracę oraz podania o granty większą uwagę zwracają na wskaźnik wpływu pisma niż na merytorycznę ocenę projektu (czy osiągnięć), dopóty preprinty pozostaną bardzo nieatrakcyjną opcją dla wielu badaczy, zwłaszcza tych na wcześniejszych etapach kariery.

Zeszłomiesięczna konferencja, która odbyła się w kwaterze głównej Instytutu Medycznego Howarda Hughesa (HHMI) w Maryland, była spotkaniem nowej organizacji o dźwięcznej nazwie ASAPbio, gdzie ASAP jest angielskim skrótem as soon as possible – czyli: najszybciej jak się da. Głównym temat, jak już wspomniałem, było to, jak można przyspieszyć publikację wyników naukowych w dziedzinach biomedycznych, ze szczególnym naciskiem na stosowanie preprintów.

W ciągu zaledwie kilku tygodni od konferencji w serwisie bioRxiv pojawiły się trzy preprinty pochodzące z labów różnych laureatów Nagrody Nobla – Randy’ego Schekmana, Marty’ego Chalfie, oraz Carol Greider. BioRxiv oraz piszące o sprawie media (przede wszystkim właśnie NYT) skupiły się właśnie na tym, jak to nazwano, akcie protestu. Na tym, że w ten sposób ci zasłużeni badacze pokazali, że szybka publikacja wyników jest ważna i że nie powinniśmy się bać preprintów. I w zasadzie możnaby tutaj powiedzieć, że był to świetny wynik dla konferencji ASAPbio, i że jest to krok we właściwym kierunku i powinniśmy się cieszyć. I tutaj mógłbym tekst zakończyć.

Więc jeśli macie już dość, to będzie rozczarowani – bo ja się dopiero rozkręcam. O ile bowiem całym sercem popieram koncept preprintów i uważam, że badacze nie powinni się ich bać; o ile należę do nielicznej grupy redaktorów, którzy nie sądzą, że preprinty pozbawią nas pracy (nie pozbawią – bo pisma robią znacznie więcej, niż tylko drukowanie nadesłanych prac, nawet jeśli jest to powszechnie i nagminnie niedoceniane); o ile zgadzam się całkowicie, że powinniśmy reformować naukę w kierunku tego, aby badacze byli oceniali za jakość badań, a nie prowizoryczną – i źle rozumianą – jakość pism, w których publikują, o tyle ta obleśna promocja bioRxiv za pomocą nazwisk Noblistów pozostawia u mnie olbrzymi niesmak. Tak, jak olbrzymi niesmak pozostawił kilka lat temu tekst Randy’ego Schekmana w Guardianie, w którym próbował on dewaluować pisma o wysokim wskaźniku wpływu.

W zasadzie dość na ten temat napisał już bioinformatyk Mick Watson, więc ja tutaj głównie przytoczę jego argumenty (starałem się przetłumaczyć tak, aby oddać ducha jego wypowiedzi, więc nie jest to słowo w słowo):

Problem z zachwianiem struktur władzy polega na tym, że ci, którzy są przy władzy, są temu przeciwni i chcą utrzymania tych struktur, ponieważ są one źródłem ich władzy. To jednak jedyni spowalnia postęp – zmiana jest nieunikniona i najlepsze, co mogą zrobić osoby u władzy, to usunąć się na bok i pomóc w dokonywaniu zmian. Co ważne jednak – nie mogą oni zawłaszczyć tych zmian, nie mogą przypisywać ich sobie jako zasług. Te zmiany nie należą do nich – stary system do nich należał i czerpali z niego korzyści. Nowy system należy i powinien być sterowany przez kolejne pokolenia.

I to jest najważniejsze – to, że powinniśmy wspierać młodsze pokolenia zamiast podbierać ich pomysły i udawać, że są one nasze własne.

Czyli: dobrze, że Nobliści rzucili się na serwer preprintów. Źle, że zarówno ci badacze, jak i media o nich piszące, postrzegają ten akt jako awangardę całego ruchu. Bo preprinty w ogóle jako koncept istnieją od ćwierćwiecza (niemal co do dnia, jeśli za ich początek uznamy otwarcie arxiv.org), a na serwerach bioRxiv swoje prace złożyło 3,000 grup autorów, zanim do pomysłu przekonali się Schekman, Chalfie i Greider.

Ma co prawdę trochę racji Michael Eisen, który po ASAPbio napisał, że zmianę muszą wspierać w pierwszym szeregu te osoby, które nie mają nic do stracenia. A nie ma chyba w nauce osób, które mogą sobie listem od redaktora naczelnego Nature podetrzeć tyłek bardziej śmiało, niż ci, którzy już zostali nagrodzeni Noblem. Jednak równie wiele racji ma Mick Watson twierdzący, że chociaż owszem – ci właśnie badacze powinni wspierać ruch preprintów swoim autorytetem, to nie powinni przypisywać sobie sukcesu tego ruchu. Nawiasem mówiąc, jest olbrzymią ironią losu to, że to właśnie Nobliści wykorzystywani są do promowania równości w nauce, bo chociaż uwielbiam Nagrody Nobla – na podobnym poziomie mentalnym, jak wiele osób uwielbia wręczanie Oscarów – to nie będę ukrywał, że są one objawem bardzo szkodliwego dla nauki kultu jednostki (jeszcze większą ironią jest to, że Mike Eisen cieszył się z ich zaangażowania – bo jest on jednym z najbardziej wokalnych przeciwników kultu jednostki w nauce).

Ogólnie jednak tendencja na świecie – przynajmniej w niektórych dziedzinach – jest pozytywna. Jedną z takich dziedzin jest epidemiologia i zdrowie publiczne: epidemia Eboli szaleją od dwóch lat w Afryce (której zakończenie WHO ostrożnie ogłosiło w tym tygodniu) nauczyła nas, jak ważne jest na przykład dzielenie się danymi, nie tylko epidemiologicznymi, ale na przykład genetycznymi. To doświadczenie WHO wykorzystuje obecnie w walce z epidemią Zika. W tym tygodniu Biuletyn WHO (który jest recenzowanym pismem naukowym) opublikował opinię nawołującą do dzielenia się danymi w trakcie kryzysów zdrowotnych i opisującą nowe procedury, które mają takie dzielenie się wspomagać, a także ogłosił, że wszystkie prace na ten temat złożone do Biuletynu zostaną udostępnione publicznie tak, aby badacze mieli do nich dostęp już w trakcie procesu recenzji.

Zika co prawda nie jest wirusem tak groźnym jak Ebola, ale nie oznacza to, że groźny nie jest, a o jego biologii – a także o etiologii mikrocefalii występującej przy okazji infekcji Zika (czy jest tam jakiś związek przyczynowo-skutkowy na pewno to jeszcze nie wiemy) – wiemy bardzo, ale to bardzo niewiele. I takie inicjatywy – wczesnego dzielenia się danymi i wynikami badań – mogą nam tylko pomóc.

3 Comments

      1. Ach, widziałem. Ale całkowicie zgadzam się z komentarzami Mike’a Taylora pod tym wpisem, które sprowadzają się do tego, że preprinty nie służą promocji prac, tylko wcześniejszemu rozpowszechnieniu wyników. Więc to, że ludzie się nie rzucają od razu na preprint na ćwierkaczu, nie jest bynajmiej jakąś klęską idei preprintów.

        Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s