Hitchcockowska historia badań nad perswazją

Wyborczą strategią stosowaną zwłaszcza w krajach anglosaskich – gdyż historyczne jej korzenie sięgają rozwoju demokracji w XVII- i XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii – jest bezpośrednia agitacja poprzez chodzenie od drzwi do drzwi (w języku angielskim zgrabnie określana jednym słowem: canvassing). Skuteczność takiej bezpośredniej agitacji była badana przez psychologów społecznych na przestrzeni ostatniego wieku dość szeroko. Jednym z ciekawszych badań było to przeprowadzone przez Facebooka w trakcie wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych (za które Facebookowi wciąż się obrywa, ale nie w tym rzecz).

I większość badaczy studiujących ten temat zgadza się, co do kilku rzeczy. Po pierwsze, bezpośrednia agitacja ma minimalny (o ile nawet jakikolwiek) wpływ na to, czy wyborca zmieni swoje preferencje. Po drugie zaś, to na co bezpośrednia agitacja może wpłynąć, to decyzja wyborcy, czy w ogóle do wyborów się stawić. Stąd też duże sumy w trakcie wyborów, w krajach, w których stosuje się bezpośrednią agitacją, idą nie na próby przekonywania zwolenników oponentów, że nie powinni na nich głosować, ale raczej na próby przekonywania własnych zwolenników, że bycie zwolennikiem niewiele znaczy, jeśli nie przekłada się na aktywny głos w trakcie wyborów.

Te obserwacje mają zdroworozsądkowy sens. Każdy z nas, kto kiedykolwiek próbował przekonać kogoś do zmiany światopoglądu, wie, jak trudne – żeby nie powiedzieć, że niewykonywalne – jest to zadanie. Nawet w sytuacjach, gdy światopogląd jest sprzeczny z tym, co wiemy o tym, jak działa i funkcjonuje nasz świat, wspieranie argumentów wynikami badań naukowych nie przynosi rezultatu – a często daje nawet rezultat przeciwny (przykład: antyszczepionkowcy, którzy każde kolejne badanie pokazujące, że szczepionki nie powodują autyzmu, obwołają big-pharmową propagandą, której autorzy z pewnością zostali opłaceni przez koncerny). Z drugiej strony, namawianie do pójścia tylko do wyborów nie zmusza nikogo do zmiany ich najgłębszych przekonać – a jedynie sugeruje, że warto ruszyć cztery litery z domu na pięć minut.

Dlatego kiedy pod koniec 2014 roku dwóch amerykańskich badaczy, Michael LaCour oraz Donald Green, opublikowało w piśmie Science wyniki swoich badań dotyczących bezpośredniej agitacji, środowisko przyjęło je z – delikatnie mówiąc – niedowierzaniem.

Badacze postawili następujące pytanie: czy jedna rozmowa na społecznie drażliwy i polaryzujący temat może spowodować trwałą zmianę światopoglądu? Polaryzującym tematem była kwestia małżeństw jednopłciowych. Agitatorzy byli albo hetero- (n=19) albo homoseksualistami (n=22), a rozmawiali w sumie z blisko tysiącem osób. To czy respondenci zmieni zdanie na temat małżeństw jednopłciowych, a także czy ta zmiana była trwała, naukowcy zmierzyli za pomocą ankiet, które przeprowadzono po 1, 2 i 3 miesiącach po początkowej rozmowie.

Wyniki były zaskakujące: okazało się, że większość respondentów początkowo dała się łatwo przekonać do zmiany zdania, niezależnie od tego, jaka była orientacja seksualna agitatora. Autorzy zaobserwowali też bardziej długotrwały efekt, ale tylko w przypadku respondentów, którzy rozmawiali z agitatorami homoseksualnymi. Także w tym przypadku okazało się, że ta światopoglądowa zmiana dotyczyła nie tylko respondentów bezpośrednio, ale też rozciągała się na ich całe domostwo. Czyli ważniejsze niż sam scenariusz, według którego agitatorzy prowadzili rozmowy, okazało się, to kim byli ci agitatorzy (inną kontrolą były różne scenariusze – badacze mieli też homoseksualnych agitatorów rozmawiających z respondentami o recyclingu).

Możnaby też powiedzieć, że wyniki były napawające nadzieją – okazało się bowiem, że negocjacje są możliwe; że krótka rozmowa od serca może doprowadzić do diametralnej zmiany zdania; że tylko kilka słów dzieli nas od pojednania między narodami.

Nie tak szybko jednak. Badanie, którego wyniki swobodnie można określić jako przełomowe, odbiło się szerokim echem w mediach – pisały o nim między innymi The Washington Post, The New York Times, The Wall Street Journal. Nic więc dziwnego, że wyniki przykuły uwagę innych badaczy zainteresowanych tematem.

Takimi zainteresowanymi naukowcami byli świeżo upieczony professor David Broockman oraz doktorant Joshua Kalla, którzy postanowili badanie powtórzyć i rozszerzyć. W tym celu przyjrzeli się dokładnie, w jaki sposób zaprojektowane było oryginalne badanie, jakie były wyniki poszczególnych ankiet i tak dalej. LaCour oraz Green chętnie służyli im też radą. Swoje badanie Broockman i Kalla rozpoczęli około pół roku po ukazaniu się oryginalnej publikacji. I szybko przekonali się, że coś nie gra.

Pierwsze objawy były niewinne. Okazało się, że znacznie mniejsza liczba respondentów odpowiadała na ankiety. Aby upewnić się, że prowadzą doświadczenia zgodnie z tym samym protokołem co LaCour i Green, skontaktowali się z firmą, która miała pomagać z ankietowaniem przy oryginalnym badaniu. Okazało się jednak, że firma ta nigdy o oryginalnym badaniu nie słyszała, a już na pewno nie pomagała w jego egzekucji. Broockman i Kalla wrócili więc do oryginalnych danych i odkryli w nich dalsze nieprawidłowości. Wówczas to do pomocy dokoptowali trzecią osobę – Petera Aronova, który jest ekspertem od statystyki.

W przeciągu mniej niż dwóch tygodni od rozpoczęcia badania, Broockman, Kalla i Aronov wiedzieli już, że badanie zostało przeprowadzone nieprawidłowo, a wyniki w żaden sposób nie uzasadniają wyciągniętych wniosków. Tymi odkryciami podzielili się z Greenem, który był autorem korespondecyjnym oryginalnej pracy. Ten skonfrontował pierwszego autora –

Michaela LaCour. Postawiony pod ścianą LaCour przyznał, że sfałszował opis zbierania przynajmniej części danych. Przed końcem maja Green zwrócił się do Science o wycofanie pracy, a czasopismo retrakcji dokonało w ciągu tygodnia.

Czyli okazało się, że obiecujące wyniki obiecujące jednak nie są. Sprawa jednak nie ucichła od razu, chociaż bowiem Science dokonało retrakcji, to LaCour z wycofaniem pracy się nie zgadzał. W odpowiedzi na zarzuty stawiane przez Broockmana, Kallę i Aronova stwierdził, że chociaż ich procedura była poprawna (czyt. taka jak jego), to dobór parametrów już nie – i sugerował nawet, że parametry źle dobrali celowo.

Problemy spotęgowane też były przez to, że oryginalne dane zostały zniszczone. Green w liście do Science stwierdził, że LaCour miał się przyznać do przypadkowego ich skasowania. Sam LaCour później powiedział, że dane zostały zniszczone w celu ochrony prywatności respondentów. Chociaż wytłumaczenie takie śmierdzi na odległość (jest tysiąc innych sposobów ochrony prywatności, które nie wymagają destrukcji oryginalnych danych), to fakt pozostaje faktem: dostępu do oryginalnych danych nie ma, a co za tym idzie, nasze możliwości wykrycia, jak doszło do problemów z badaniem, są mocno ograniczone.

LaCour wciąż jednak pozostawał niezadowolony twierdząc, że chociaż badanie miało może niedociągnięcia metodologiczne, to same wyniki są poprawne. W świetle tego, jak rewelacyjne były rezultaty – i jak sprzeczne z wiedzą w tej dziedzinie – trudno się dziwić naukowcom, którzy mogli po odkryciu problemów z pracą i jej retracji pozostawać nieprzekonani.

I tutaj ta historia mogłaby się zakończyć. Ale jest ten naukowy thiller jak dobry kryminał. Kiedy już się wydaje, że właśnie odkryliśmy główny punkt zwrotny, okazuje się, że za rogiem czeka na nas kolejny.

Pomimo tego, że badanie LaCoura i Greena okazało się jedną wielką ściemą, Broockman i Kalla nie porzucili interesującego ich tematu. Wciąż bowiem wierzyli, że być może zaobserwowany efekt może być prawdziwy (nawet jeśli dane w tym konkretnym przypadku zostały najpewniej sfałszowane). Rezultatem ich prób jest opublikowana na początku kwietnia także w piśmie Science praca opisujaca badanie, w którym Broockman i Kalla de facto powtórzyli badanie LaCoura i Greena. Jedyną znaczącą różnicą jest to, że zamiast badania opinii na temat małżeństw jednopłciowych przez osoby homoseksualne, badali opinię na temat transpłciowości – w sytuacji gdy ankieterzy byli osobami transpłciowymi.

Wyniki są – jak w przypadku poprzedniej pracy – obiecujące. Okazało się, że krótka rozmowa na temat transpłciowości może zmienić poglądy respondentów i zredukować transfobię oraz że ten efekt utrzymuje się przez co najmniej trzy miesiące. W odróżnieniu od poprzedniej pracy tutaj okazało się, że ten fenomen nie jest zależny od ankietera – to, czy osoba rozmawiająca z respondentami była transpłciowa czy nie, nie miało większego znaczenia. Dodatkowo okazało się, że takie rozmowy prowadzą do większego wsparcia dla inicjatyw mających na cely wprowadzenie praw przeciw dyskryminacji osób transpłciowych i to nawet wówczas, gdy respondentom przedstawiono także kontrargumenty.

No i wniosków z tej historii jest sporo i różnorakich.

Po pierwsze, widać niestety wyraźnie, że historia Diederika Stapela (a także i innych społecznych psychologów-oszustów, bo przykładów jest niestety więcej) nie nauczyła nas wiele. Wciąż w dziedzinie nauk społecznych łatwo jest o takie wysokoprofilowe oszustwa, nawet jeśli kryją się one za marnymi wymówkami o ochronie prywatności itd. Jest to o tyle niepokojące, że w ostatnich latach zaczęto podejmować poważne próby zapobieżenia tego typu problemom, coraz częściej wymagając rejestracji badań na wzór rejestracji prób klinicznych. Tutaj okazało się, że LaCour najpewniej sfingował także tę dokumentację. Jeśli zatem chce się oszukiwać, to wciąż się da.

Po drugie, ważnym a często niedocenienym problemem związanym z pracami opartymi na sfałszowanych danych jest to, że sfałszowane wyniki nie oznaczają jeszcze, że wnioski są całkowicie błędne. Przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia w takich kategoriach, że jeśli dowiedziono komuś naukowego oszustwa, to ta linia badań nie warta jest dalszych wysiłków. Nic jednak bardziej mylnego. W nauce sprawdzać należy wszystkie możliwe opcje i sfałszowane wyniki oznaczają tylko tyle, że tej opcji na poważnie nikt jeszcze nie przebadał. Czego dowodem są wyniki Broockmana i Kalli – nikt chyba nie spodziewał się, że uda im się praktycznie powtórzyć osiągnięcie LaCoura i Greena. A jednak stało się. Warto zatem zastanowić się, ile innych potencjalnie interesujących linii badań zostało niepotrzebnie porzuconych, bo kogoś przyłapano na takich czy innych machlojkach.

Po trzecie jednak, warto też postawić wyniki Broockmana i Kalli we właściwym kontekście. Tak, są one bardzo obiecujące. I tak, pokazują, że nasza opinia nie jest wyryta w kamieniu – co nie powinno być zaskoczeniem, bo jak głosi stare porzekadło, tylko krowa nie zmienia zdania. Co to jednak oznacza dla politycznych agitatorów? Prawdopodobnie nic. Dlaczego? Z prostej przyczyny: zarówno w badaniu LaCoura i Greena, jak i Broockmana i Kalli, badacze sprawdzali tylko, czy respondentów da się przekonać do zmiany zdania na dany temat poprzez rozmowę promującą jeden punkt widzenia. Gdyby jednak taka kwestia była obiektem kampanii politycznej, możnaby oczekiwać, że do drzwi respondentów pukaliby też ankieterzy/agitatorzy próbujący przekonać ich do opcji zgoła przeciwnej. I trudno powiedzieć, czy wówczas ankietowanie nie zmieniliby szybko zdania w drugą stronę oraz jak długo utrzymałaby się ich zmiana opinii. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że w warunkach realnej walki politycznej efekt opisany w obu badaniach po prostu by nie istniał.

I z tym kubłem zimnej wody was pozostawię.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s