„Jedzenie zapobiega rakowi i powoduje nowotwory”

605px-Colonies_de_legionelles

Pod koniec czerwca magazyn Duży Format Gazet Wyborczej opublikował alarmistyczny reportaż opisujący argentyńskie miasteczko San Salvador, w którym w ostatnich latach notowano wyższą liczbę zachorowań na raka (podobno), co mieszkańcy miasteczka wiążą chętnie ze stosowanym do oprysku genetycznie modyfikowanej soi glifosatem.

Tekst jest kiepsko uźródłowiony i wyciąga wnioski na temat związków przyczynowo-skutkowych z opowieści mieszkańców.  Dość jednak powiedzieć, że tekst nie daje szerszego kontekstu – autorzy na przykład nie sprawdzili (lub sprawdzili, ale tego nie opisali), jak wygląda liczba przypadków zachorowań na raka w innych rejonach Argentyny (gdzie opryski glifosatem są mniej powszechne), ani nie skomentowali faktu, że w znacznie bardziej opryskiwanej Ameryce nie obserwuje się takiej korelacji (zakładając, że w ogóle jakaś korelacja rzeczywiście istnieje).

Ogólnie jednak chciałem tekst początkowo całkiem zignorować, chociaż już sam jego tytuł obwieszczający, że zabije nas soja, daje dużo do myślenia na temat rzetelnego dziennikarstwa – przesłanie reportażu jest bowiem takie, że tym, co ponoć powoduje nowotwory u mieszkańców San Salvador, nie jest soja, ale glifosat.

Trochę jednak z nudów, a trochę ze skumulowanej złości, postanowiłem dwa słowa napisać na temat nie tyleż samego reportażu, co jego głównej tezy: że glifosat powoduje raka. Jest to bowiem jeden z argumentów notorycznie powracających w dyskusjach nad bezpieczeństwem organizmów – a przede wszystkim roślin uprawnych – modyfikowanych genetycznie. Nie chcę tutaj rozważać, dlaczego akurat w tej dyskusji przeciwni GMO polemiści powołują się na glifosat – bo chociaż jest on rzeczywiście bardzo popularny wśród rolników uprawiających rośliny odporne na ten herbicyd, to jest on też stosowany jako herbicyd kropka (czyli na uprawach nie-GMO). Zatem stosowanie tego argumentu w dyskusjach nad GMO, to jak porównywanie jabłek z pomarańczami. Niemniej nie ulega wątpliwości, że od dwóch dekad obserwujemy wzrost stosowania tego środka w rolnictwie. Czy oznacza to jednak, że powinniśmy się go bać?

Argumenty popierające hipotezę o tym, że glifosat powoduje raka, są nieliczne, ale powtarzane przez przeciwników jego stosowania do znudzenia tak bardzo, że można odnieść wrażenie, że badań jest na pęczki. Sprostujmy zatem: badań w tym zakresie na pęczki nie ma.

Skąd zatem biorą się te prasowe i inne medialne doniesienia o szkodliwości glifosatu? Jednym ze źródeł jest człon Światowej Organizacji Zdrowia: Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC). Agencja ta opracowała bowiem klasyfikację czynników i substancji rakotwórczych. I w tej pięciostopniowej skali (1, 2A, 2B, 3 i 4, gdzie 4 jest prawdopodobnie nierakotwórcze, zaś 1 jest rakotwórcze) glifosat niedawno otrzymał kategorię 2A – prawdopodobnie rakotwórczy.

Brzmi to w pierwszej chwili groźnie, ale zdać musimy sobie sprawę z conajmniej kilku aspektów tej sytuacji, które stawiają ją jednak w całkiem innym świetle.

Po pierwsze, klasyfikacja IARC ocenia potencjał ryzyka rakotwórczości. Ocena jest więc jakościowa: oceniane jest jaki potencjał dany czynnik ma, aby spowodować raka, ale nie umieszcza tego w kontekście realiów, w których żyjemy. Substancją o najwyższym potencjale ryzyka jest np. azbest. Biorąc pod uwagę to, że z polskiego budownictwa jest stopniowo usuwany, podejrzewać można, że szansa, że ktokolwiek z nas zapadnie na raka na skutek ekspozycji na ten związek, jest dramatycznie niska (bardziej groźne jest prawdopodobnie palenie papierosów).

Dlatego bez zdziwienia powinniśmy też odnotować, że w kategorii 2A znalazły się na przykład cisplatyna i tenipozyd (stosowane w leczeniu nowotworów chemioterapeutyki). Odrobinę tylko „bezpieczniejsza” kategoria 2B (związki możliwie rakotwórcze) jest jeszcze ciekawsza: tutaj znajdziemy kofeinę, tonę różnego rodzaju leków, ekstrakt z Gingko biloba, oraz ekstrakt z pieprzu metystynowego (Kavy).

Po drugie, podsumowanie raportu (jego pełna wersja nie jest jeszcze dostępna) podaje, że dowody na rakotwórczość glifosatu u ludzi są ograniczone. Badania, na które powołuje się raport, prowadzone były na przełomie lat 90’ i wczesnych dwutysięcznych i dotyczyły potencjalnego ryzyka ekspozycji na różne pestycydy, w kontekście występowania chłoniaków nieziarniczych. Według tych badań, nawet po uwzględnieniu efektu innych chemikaliów ekspozycja na glifosat niosła ryzyko wystąpienia tego typu nowotworu (ale znowu: mówimy tylko o ryzyku). Co ciekawe jednak, w olbrzymim badaniu przeprowadzonym przez National Instutes of Health, w którym brało udział ponad 55 tysięcy rolników oraz ponad 30 tysięcy ich współmałżonków – skala jest więc nieporównywalnie większa niż w pozostałych badaniach przytoczonych w raporcie – takie podwyższonego ryzyko nie wykryto. Więc dowody są w najlepszym przypadku nierozstrzygające. Raport powołuje się też na badania na myszach, ale bez referencji, które pozwoliłyby przyjrzeć się tym badaniom szczegółowo – więc na ich analizę będziemy musieli poczekać do ukazania się pełnej wersji raportu.

Do raportu i klasyfikacji IACR podchodzę zatem z należytym sceptycyzmem. Najlepszym jego podsumowaniem jest jednak kompletnie inna praca opublikowana kilka lat temu przez Johna Ioannidisa (tego od eseju o tym, że wszystkie badania medyczne się mylą), w której wraz ze swoim współautorem przyjrzał się temu, jak różne badania traktują różne produkty stosowane w… kuchni.

Efektem jest uroczy graf pokazujący rozkład prac na temat szkodliwości (lub nie) takich specjałów jak wino, jajka, kawa czy mleko – wykres ten cudownie ilustruje, jak uśrednienie wyników może kompletenie nie odzwierciedlać wyników pojedynczych badań. Co więcej, ponieważ badania traktowane są tutaj często binarnie (tzn. nie brana jest pod uwagę skala indywidualnych badań), obraz jest jeszcze bardziej zamydlony. Patrząc jednak na rozkład prac, podsumować można mówiąc, że wszystko, co jemy, zarówno powoduje, jak i zapobiega rakowi:

Ilustracja z oryginalnej pracy Ioannidisa, podrasowana nieco przez magazyn Vox.
Ilustracja z oryginalnej pracy Ioannidisa, podrasowana nieco przez magazyn Vox.

Jakie są inne naukowe argumenty za szkodliwościa glifosatu? Kanoniczny wpis ze stron promujących żywność tzw. naturalną przywołuje kilka badań. Pierwsze z nich, to oczywiście niesławna już praca Erica Seraliniego, która wciąż wraca jak bumerang (bo okropne zdjęcia biednych szczurków z wielkimi nowotworowymi naroślami dobrze się sprzedają w mediach społecznościowych). Ile by o tej pracy jednak nie przypominano, nie zmienia to faktu, że z naukowego punktu widzenia była w najlepszych przypadku bublem, a w najgorszym – manipulacją.

Drugą przytaczaną publikacją jest praca opublikowana w 2013 roku w piśmie Food Chemistry and Toxicology (tym samym, które pierwsze potknęło się na Seralinim). Strona Collective Evolution ogłasza, że według badania glifosat powoduje wzrost komórek raka piersi poprzez zaburzanie działania receptorów estrogenu. Na czym jednak polegało badanie?

Autorzy sprawdzili, jaki wpływ na wzrost komórek raka piersi ma glifosat badając to w kilku liniach komórkowych, czyli tak zwanym badaniem in vitro. O wartości tego typu badań pisano już wiele – przepiękny wpis o tym, jak bardzo możemy ufać na przykład badaniom testującym rakotwórczy potencjał różnych związków w szalce Petriego popełniła kiedyś Sporothrix (podlinkuję, jak mi ktoś przypomni adres). Niemniej jednak nie powinniśmy takich badań ignorować całkiem – są one zawsze dobrym wstępem do dalszych rozważań nad danym tematem.

Abstrahując od ograniczeń badań na liniach komórkowych – które autorzy pracy zresztą doceniają – warto dodać, że badanie (które ma też sporo problemów technicznych) pokazało na przykład, że dla wyższych stężeń glifosatu nie ma różnicy między zachowaniem komórek na niego wystawionych oraz komórek kontrolnych. Autorzy podkreślają też, że ich wyniki różnią się od danych literaturowych: jednych z ich wyjaśnień jest, że zmniejszony wzrost komórek rakowych po ekspozycji na glifosat w innych badaniach był spowodowany tym, że te badania stosowały znacznie większe stężenia glifosatu niż ich praca. Tu możnaby argumentować, że ma to sens – prace, które donosiły o tym, że duże stężenia glifosatu hamują podział komórek rakowych, stosowały niefizjologiczne stężenia glifosatu. Tak? Otóż nie – problem polega bowiem na tym, że wcześniejsze badania stosowały komórki nierakowe jako kontrolę, i w tych komórkach takiego hamującego efektu nie znaleziono (czyli glifosat nie był po prostu trucizną, ale rzeczywiście selektywnie oddziaływał na komórki rakowe).

Ciekawym elementem pracy jest to, że autorzy badali też efekt innego związku na komórki rakowe i zaobserwowali efekt podobny do glifosatu. O jakim związku mowa? O naturalnie występującej w soi genisteinie!

Generalnie wniosek jest taki, że to jedno jedynie badanie, które donosiło o szkodliwości glifosatu, zostało przeprowadzone kiepsko, zostało przeprowadzone w modelu biologicznym, który jest bardzo daleki od organizmu ludzkiego, i przedstawiło wnioski, które na obecnym etapie są niepotwierdzone, sprzeczne z literaturą i raczej spekulatywne. I co z tym zrobiły media? To, co robią zawsze dobrze: rozdmuchały i pospekulowały.

Z pewnym rozczarowaniem dodam też, że chociaż autorzy pracy zakończyli z zapałem, że teraz pozostaje tylko powtórzyć te wyniki w modelach zwierzęcych, to ich badania od tamtego czasu pozostają dalej w sferze rozważań in vitro. Jest to oczywiście wygodna (czytaj: tania) metodyka, ale nie zbliża nas ona ani do krok do udowodnienia, że glifosat rzeczywiście może powodować raka.

Na koniec trochę na marginesie wrócę do tematu GMO: bowiem robiąc risercz do notki napatoczyłem się na opublikowaną niedawno (zaledwie w maju) w piśmie Food Security pracę dwójki badaczy z Poznania, która opisuje stosunek polskiego społeczeństwa do GMO. W ramach badania Piotr Rzymski i Aleksandra Królczyk przeankietowali około tysiąca Polaków i sprawdzili zarówno ich wiedzę o GMO, jak i nastawienie do tego typu organizmów.

Autorzy sprawdzili, ile osób w ogóle rozumie termin GMO – tu znakomicie wypadli na przykład studenci nauk przyrodniczych (chyba bez zaskoczenia – 75%) oraz naukowcy (63%), słabo zaś rolnicy (30%). Ponad połowa ankietowanych jednak zadeklarowała brak wystarczającej wiedzy na temat GMO – najchętniej do braku wiedzy przyznawali się uczniowie, studenci i nauczyciele, namniej chętnie – badacze i rolnicy. Prawie 80% wyraziło chęć poszerzenia swojej wiedzy w tym zakresie.

Pomimo tego, że o GMO wiemy niewiele, ponad 60% ankietowanych było zdecydowanie przeciwnych produkcji i dystrybucji jedzenia zawierającego GMO w Polsce. Dość podobna była proporcja osób, które uważają GMO za niebezpieczne dla ludzi i środowiska. Czego respondenci bali się najbardziej? W tych wynikach najbardziej ujawnić mogą się skutki niedoinformowanej (lub specjalnie dezinformującej) propagandy: ponad 50% najbardziej bało się, że GMO może powodować raka, 35% – że może zaburzać płodność, 32% – że obce DNA może się wbudować w nasze geny, 40% – że geny zostaną uwolnione do środowiska.

Badacze spytali też, co respondenci sądzą o potencjalnych korzyściach GMO, jaki rodzaj GMO jesteśmy w stanie zaakceptować – bez zaskoczenia tutaj prawie 50% osób uważa, że GMO jest ok, jeśli stosowane jest w ratujących życie procedurach medycznych lub do produkcji leków i szczepionek. Ponad 35% uważa, że GMO jest w porządku, jeśli pomoże nam w walce z głodem. Nie bez znaczenia jest jednak że około 35% osób nie akceptuje żadnych zastosowań GMO…

Autorzy dość optymistycznie postulują, że wyniki ankiety powinny być impulsem do lepszej edukacji Polaków na temat GMO. Biorąc jednak pod uwagę to, że wiele z przedstawionych tutaj wyników było niezależnych od stopnia wykształcenia, mam podejrzenie, że lepsza edukacja wiele nie zmieni. Jeśli bowiem ktoś jest tak bardzo przeciwny stosowaniu GMO, że nie uważa zastosowania do produkcji insuliny za dopuszczalne, istnieje spora szansa, że każdą próbę edukacji potraktuje jako indoktrynację, a własne stanowisko będzie wciąż sprzedawać w społecznych mediach jako walkę uciemiężonego wolnomyśliciela z mainstreamowym establiszmentem.

Na zakończenie polecam tekst Marcina Rotkiewicza w najnowszej Polityce (jeśli macie dostęp): o skomplikowanych meandrach dotyczącego GMO prawa.

6 Comments

  1. Szanowny Panie Rafale,
    cieszę się, że zainteresował się Pan naszą publikacją i dziękuję za tak obszerne jej omówienie. Pozwolę sobie tylko spostrzec, że na podstawie uzyskanych wyników jasna wydała się nam potrzeba zmiany programu edukacyjnego w celu rozbudowania zagadnień dot. inżynierii genetycznej, której celem powinno być podniesienie poziomu świadomości korzyści i ograniczeń rozmaitych aspektów GMO pośród młodego pokolenia. Nie chodziło nam o edukowanie osób z już ukształtowanymi, jednoznacznymi poglądami. Takie podejście uwiarygadnia to nie tylko deklarowana przez większość młodych chęć poprawy swojego stanu wiedzy dot. GM, ale wyraźne oczekiwanie udziału instytucji edukacyjnych w tym procesie. Czym jak nie edukacją możemy wpływać na poziom wiedzy i świadomości kolejnych pokoleń?

    Inna sprawa, że system edukacyjny, w którym młody człowiek musi zmagać się niemal ciągle ze spetryfikowanymi faktami, zamiast uczestniczyć w procesie poznania i zbliżenia, niekoniecznie sprzyja rozwojowi świadomych postaw.
    Aby edukować najpierw trzeba zadbać o edukujących.

    Pozdrawiam serdecznie

    Liked by 1 osoba

  2. Dzięki za komentarze. W kwestii layoutu – przetestowałem wczoraj kilka, ale niestety (ponieważ ograniczony jestem do tego, co daje wp.com) wszystkie były raczej mało czytelne – dylemat jest między szerokościa szpalty a rozmiarem domyślnym czcionki. Jedyne co mogę doradzić jako tymczasowe rozwiązanie, to czytanie bloga w oknie nieco zwężonym – motyw się szybko dostraja i przestawia na jednokolumnowy.

    Liked by 1 osoba

  3. Ja też przyłączam się do prośby o zmianę layoutu.

    „Nie chcę tutaj rozważać, dlaczego akurat w tej dyskusji przeciwni GMO polemiści powołują się na glifosat”

    To akurat jest proste. Nie ma praktycznie żadnych udokumentowanych dowodów na to, że GMO jest toksyczne, ani opisanego mechanizmu który tłumaczyłby dlaczego miałoby być. Tymczasem badania nad toksycznością / kancerogennością Roundup’u (bo zwykle mówi się o tym produkcie handlowym, a nie o czystym glifosacie) są i choć wiele z nich okazało się humbugiem, to jednak zawsze jest się czym podeprzeć. Plus, GMO to wciąż abstrakcja, a „zła chemia” przemawia do ludu.

    Liked by 2 people

  4. Naprawdę lepiej by się czytało artykuł, gdyby prawej połowy ekranu nie zajmował ciągle tutuł i obrazek a tekst nie był upchnięty po drugiej stronie. Chyba że to jakaś ofiara z czytelników desktopowych w kierunku tabletowo-komórkowych, ale przy takim układzie dużo wygodniej czyta (mi) się bezpośrednio z Nextgen Readera/feedly niż ze strony …

    Liked by 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s