GMO to ZUO (donoszą źródła)

No i stało się. Po blisko dekadzie pisania, blogowania, mentalnego i intelektualnego pikietowania zostałem przekonany do zmiany zdania. Wiele Czytaczek i Czytaczy widziało już pewnie doniesienia medialne na ten temat, ale pozwolę sobie tutaj przytoczyć podstawowe fakty:

– Od lat pozwalamy na obecność w naszej diecie produkowanego przez agroprzemysł związku, który międzynarodowa agencja IARC wpisała na listę karcynogenów – czyli związków rakotwórczych.

– Badania Amerykańskich naukowców wykazują obecność tej substancji w naszym pożywieniu. Pomiary jej poziomu we krwi osób na standardowej diecie często sięgają blisko 0.8-0.9 ppt (tu warto dodać, że przy około 2 ppt, czyli zaledwie dwukrotnie większej dawce, zaczynają pojawiać się objawy neurologiczne. Poziom 4 ppt jest często śmiertelny).

– Badania pokazują, że długotrwała ekspozycja do nawet niedużych ilości substancji prowadzić może do trwałego uszkodzenia organów wewnętrznych u ludzi (zwłaszcza wątroby, która jest przecież naszą własną oczyszczalnią ścieków).

– Badania na zwierzętach wykazały, że ekspozycja płodu na działanie tej substancji prowadzi w najlepszym wypadku do poważnych zaburzeń rozwojowych.

– Zwolennicy GMO powiedzą Wam, że nie powinniśmy mieszać dwóch kwestii – dlaczego związek jest stosowany i co ma wspólnego z uprawami GMO. Potem na dokładkę dodadzą, że w Polsce i tak nie uprawia się GMO.

– To czego ani zwolennicy GMO, ani mainstreamowe media, ani władza (i nie ma znaczenia, gdzie leżą wasze polityczne sympatie – winna jest tu tak samo prawica jak i lewica) Wam nie powiedzą, to to, że związek ten można bez większych problemów nabyć w wiekszości lokalnych wiejskich sklepów.

– To czego także często nie usłyszymy w głównych wydaniach wiadomości, to straszne żniwo, jakie ta toksyczna substancja zbiera na rolnikach (a także często na osobach, do których układu pokarmowego trafia ten związek): znane są liczne przypadki śmiertelne, które jednak często nie są po prostu nagłaśniane. Domyślać się tylko możemy, jakie lobby takie doniesienia wycisza.

Myślę, że nadszedł wreszcie czas, aby coś z tym wszystkim zrobić. Aby mentalne i intelektualne pikietowanie zamienić na rzeczywisty marsz: na sejm, na senat, na Brukselę. Bo zarówno polska władza, jak i Komisja Europejska, mają autorytet i uprawnienia, aby coś z tym problemem zrobić. Potrzebna jest jedna prosta ustawa – która jednak ocalić może wiele żyć. Jesteście ze mną?

FEMA_-_2086_-_Photograph_by_Andrea_Booher_taken_on_07-09-1993_in_Missouri
No nie mogłem się powstrzymać…

Ach, zapomniałbym dodać. Oczywiście związek, o którym mówię, to alkohol.

A życiową lekcję macie ode mnie za darmo. Nie ma za co i cała przyjemność po mojej stronie (no serio).

Media w tym tygodniu obiegł naukowy news (pisały o tym np. Wyborcza i GeekWeek): amerykańscy naukowcy opublikowali w prestiżowym medycznym periodyku JAMA pracę opisującą badanie opisujące wzrost poziomu glifosatu – herbicydu, który na zawsze już chyba powiązany będzie w świadomości wielu osób z przemysłem GMO i firmą Monsato (czy słusznie, to już inna sprawa) – w moczu Amerykanów na przestrzeni ostatnich 23 lat.

Tekst Wyborczej na ten temat był nieco bardziej wyważony niż plwocina w GeekWeeku, który po prostu przetłumaczył notkę prasową (której oryginał czytałem i mogę obiektywnie stwierdzić, że jej wartość naukowa jest nijaka – tak zresztą, jak i wartość samej pracy). O czym zatem donosi praca w JAMAie? Otóż dokładnie o tym, co napisałem powyżej, co już świadczy o marności przekazu, skoro da się go zamknąć w jednym zdaniu. Poziom glifosatu w moczu Amerykanów koresponduje ze wzrostem stosowania tego herbicydu w rolnictwie. Niezależnie od tego wzrostu, ilość związku z moczu jest wciąż bardzo (i naprawdę trudno przecenić, jak duże jest to ‘bardzo’) poniżej poziomu, który byłby w jakimkolwiek stopniu szkodliwy. Podejrzewam, że dokładnie to samo odkrylibyśmy mierząc obecność w moczu wielu innych substancji, na które jesteśmy wystawieni coraz bardziej po prostu dzięki rozwojowi kulturalno-technologicznemu (a wiele spośród nich jest dla nas znacznie bardziej toksyczne).

Warto też dodać kilka innych aspektów badania, które w notce prasowej nie zostały podkreślone, a są jego nieodrębnymi elementami. Średni wiek pośród 100 osób, które uwzględniono w badaniu, to 77 lat. I warto zaznaczyć, że oczywiście pod koniec badania wszyscy ci uczestnicy byli wciąż żywi. Poziom glifosatu mierzono w moczu, gdzie jego obecność nie jest koniecznie złym znakiem. Może to bowiem po prostu oznaczać, że niezależnie od jego ilości, organizm znakomicie radzi sobie z jego usuwaniem (to nawet zakładając, że glifosat rzeczywiście jest szkodliwy w dawkach, o jakich mówimy – na to zaś nie ma żadnych dowodów).

Biorąc pod uwagę to, jakim non-newsem jest ta praca, usprawiedliwieni bylibyście pytając whatdafuck? Wygląda na to, że zarówno notka prasowa, jak i niektóre doniesienia medialne (na razie głównie w prasie zachodniej) opierają się na pierwszym akapicie dwuakapitowej dyskusji. W tym akapicie autorzy przypominają nam, że badania na zwierzętach i na ludziach sugerują, że herbicydy zawierające glifosat mogą mieć zły wpływ na zdrowie. Milczeniem zbywają jednak fakt (doceniony zresztą nawet w wątpliwej jakości raporcie IARC), że szkodliwości samego glifosatu do tej pory nie wykazano, zaś na poparcie tej tezy cytują nie obiecane badania, ale pracę przeglądową, która sama się w tytule nazywa „consensus statement”.

Czyli że niby jest konsens, że niby jest zgoda środowiska naukowego. A jednak… Większość (wszyscy) pośród tuzina autorów pracy ma powiązania z organizacjami, których misją jest walka z GMO (formalnie czy nieformalnie), na czele listy zaś gości Charles Benbrook (wyguglajcie sobie sami). Nawiasem mówiąc, co najmniej dwoje spośród autorów należy do rady naukowej pisma, co może tłumaczy, czemu praca została opublikowana w tak bezkrytycznej formie (bardziej adekwatny tytuł głosiłby bowiem, że jest to konsens w obrębie naszego – autorów – własnego koła wzajmnej adoracji). Sama praca zaś jest zbieraniną półprawd, a autorzy „szacują z pewnością, że” to i tamto – podpierając się albo badaniami, które zostały dawno zdyskredytowane, albo takimi, które są nieadekwatne (np. powołując się na badania in vitro, aby argumentować szkodliwość w organizmach żywych).

A dowodów jak nie było, tak dalej nie ma.

Dalej w tym samym akapicie tego niewdzięcznego listu w JAMA autorzy powołują się na wykazaną szkodliwość glifosatu u szczurów: tu podpierają się opublikowanym niedawno badaniem, które jednak zapożyczyło dane ze szczurzej kohorty z badania Seraliniego, które kontrowersję wywołało z wielu powodów 5 lat temu (pisałem o tym wówczas na blogu tu). Tamto niesławne badanie po prostu nie miało prawa wykazać szkodliwości czegokolwiek – albo raczej miało prawo wykazać szkodliwość czegokolwiek dodanego do diety. Bo niezależnie od tego, na jakiej diecie byłyby szczury, wszystkie koniec końców kopnęłyby kalendarz schodząc na raka. Gdyby Seralini bardzo się uparł, to mógł tym badaniem wykazać nawet szkodliwość wody.

To tyle dyskusji. Przynajmniej w pierwszym akapicie. Media całkowicie zaś zignorowały drugi króciutki akapit, który głosi:

„Ograniczeniami badania jest to, że uczestnicy mieszkają w południowej Kalifornii, więc mogą być wystawieniu na inne poziomy [glifosatu], niż mieszkańcy innych stanów; to, że tylko część wszystkich uczestników badania była testowana na obecność glifosatu; to, że obecność glifosatu w moczu jest oznaką niedawnej ekspozycji; to, że [pewne parametry moczu, które mają znaczenie dla pomiaru wykonywanego technikami stosowanymi w badaniu] zmniejszają się z wiekiem; oraz to, że nie mierzono żadnych skutków klinicznych.”

Czyli innymi słowami: wiemy, że prawie nic nie wiemy, a to co wiemy, jest w zasadzie niewiele warte. Podpisano, autorzy.

Przypisy:

 

1. Na temat GMO, konspiracji wokół glifosatu, i tego, jak dyskusja na temat GMO została upolityczniona w ciągu ostatnich kilku dekad do takiego stopnia, że gdyby ktoś dzisiaj stworzył roślinę GMO, która mogłaby na zawsze ocalić świat od głodu, to miałby szczęście, gdyby uszedł cało, a roślina zostałaby błyskawicznie zakazana, poczytać możecie w niedawno wydanej książce Marcina Rotkiewicza „W królestwie Monszatana”, z której tutaj nie korzystałem, ale którą niedawno nabyłem, przeczytałem i mogę potwierdzieć, że jest świetna – i wielu ludziom powinna otworzyć oczy, jeśli tylko podejdą do niej z otwartym umysłem.

2. Korci mnie niesamowicie, żeby poświęcić jeszcze kilka akapitów na rant pod tytułem: co za wacek recenzował tę pracę w JAMAie, i na jakich prochach był redaktor, który ją zatwierdził do druku (zwłaszcza że dawno na tematy wydawcznie się nie wywnętrzałem), ale jednak odpuszczę. Bo praca sama się broni (nie moja wina, że strasznie kiepsko).

3. Tekst mógłbym też rozwinąć, żeby przejechać się po autorach wypocin w JAMAie jak po łysej kobyle (i nie, tu nie chodzi już nawet o ukryte konflikty interestów, ale raczej po prostu o kwalifikacji to robienia takich badań). Ale inni już to zrobili gdzie indziej – popytajcie wujka Gugla, to Wam znajdzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s