Każdemu podług zasług

Publikacja wyników naukowych jest jednym z kamieni węgielnych współczesnej nauki (i nauki w ogóle). Powód jest prosty i ci z nas, którzy na co dzień korzystają z takich narzędzi jak Google Scholar, mają ten powód prezentowany tak często, że traktujemy go jak truizm. Google Scholar jako motto stosuje bowiem cytatę z Izaaka Newtona, który w jednym ze swoich listów napisał

„Jeśli widzę dalej to dlatego, że stoję na ramionach olbrzymów.”

Czyli: swoich odkryć dokonać mogę, bo posiadam wiedzę, której podwaliny stworzyli badacze przede mną. Albo jeszcze inaczej: nauka nie istnieje w próżni. Jest niezwykłą rzadkością dokonanie odkrycia, które nie wynika w jakimś stopniu z czegoś, co wiedzieliśmy wcześniej1. Nauka posuwa się naprzód dlatego, że komunikujemy sobie wzajemnie wyniki swoich badań. I – z przyczyn praktycznych – dekady temu formą takiej komunikacji stała się publikacja naukowa.

W ciągu ostatniego stulecia publikacja naukowa przeszła jednak olbrzymią metamorfozę. Zmieniło się to, co rozumiemy przez publikację naukową. Proces oceny pracy – proces recenzji naukowej – został unormowany i sformalizowany. Prace naukowe stały się narzędziem nie tylko komunikacji, ale także oceny produktywności badaczy2.

I to właśnie ta ostatnia zmiana spowodowała, że publikacja naukowa stała się bronią. Bronią, którą naukowcy stosują w bezwzględnej walce o finansowanie i granty. Bronią, która służy poprawie ich wizerunku na ich własnych uczelniach, ale także pośród ich kolegów i koleżanek z innych instytucji. Bronią, dzięki której starsi stażem i doświadczeniem badacze trzymają w ryzach swoich podwładnych (studentów, asystentów, a nawet adiunktów).

Bo brak autorskich publikacji dla młodego badacza może oznaczać koniec kariery naukowej.

Bo brak autorskich publikacji przekłada się na wyniki oceny pracowniczej naukowców, ale także – na wyniki okresowych ocen uczelni.

Bo brak autorskich publikacji dramatycznie zmniejsza szanse na otrzymanie nowych grantów.

Oznacza to tyle, że bycie autorem pracy naukowej może mieć ogromne znaczenie. Co to jednak znaczy: być autorem pracy naukowej?

Prace naukowe są być może dość nietypowe w tym sensie, że autorem pracy może nierzadko być osoba, która nie napisała ani słowa. Nie oznacza to, że taki autor w pracę nie miał wkładu: może to być na przykład ktoś, kto wykonał kluczowe eksperymenty. Lub ktoś, kto jest wyjątkowej klasy specjalistą od specyficznego rodzaju analiz i kto z taką analizą reszcie autorów pomógł. Nierzadko za autorów uznaje się osoby, których pomoc przy badaniu naukowym była peryferyczna – być może autorzy byli zainspirowani jakąś uwagą, czy dyskusją z tą osobą. Łatwo zauważyć, że ten wkład, który może prowadzić do przyznania autorstwa, robi się coraz bardziej i bardziej rozmyty.

Bycie autorem oznacza też pewien poziom odpowiedzialności za pracę. Jeśli okaże się, że któryś z autorów sfabrykował dane, albo że autor, który sformułował większość manuskryptu, bezczelnie zerżnął tekst z innej publikacji, odpowiedzialność za to jest – przynajmniej teoretycznie – zbiorowa. Jest więc istotne, aby osoby, które są autorami pracy, po pierwsze zasługiwały na to (poprzez swój wkład do badania), a po drugie rozumiały konsekwencje tego, że ich imię znajduje się na stronie tytułowej.

Jest to problem na tyle istotny, że lata temu międzynarodowe stowarzyszenie zrzeszające naukowych redaktorów pism medycznych sformułowało definicję autorstwa3. Aby móc być uznanym za autora pracy naukowej, badacz musi według tej definicji spełniać cztery warunki:

– musi brać znaczący udział w projektowaniu badania lub w gromadzeniu, analizie lub interpretacji danych;

– musi brać udział w krytycznej rewizji pracy (czyli: nie musi jej napisać, ale musi być w stanie skomentować treść i poczynić uwagi, które wzbogacą pracę intelektualnie);

– musi zatwierdzić ostateczną wersję pracy (czyli: potwierdzić, że rozumie ją jako całokształt – czyli na przykład, że zgadza się z tym, jak wyniki eksperymentu, który wykonał, są interpretowane w kontekście całej pracy);

– musi się zgodzić wziąć odpowiedzialność za wszystkie aspekty pracy, właczając w to pytania dotyczące kwestii dokładności i rzetelności wyników (czyli: wziąć odpowiedzialność nie tylko za swoją pracę, ale też za pracę współautorów).

I chociaż wiele pism prosi dzisiaj autorów o potwierdzenie, że wszystkie osoby uwzględnione jako autorzy spełniają te warunki, nie jest oczywiste, że badacze rozumieją konsekwencje tego potwierdzenia. Wydaje mi się raczej, że często traktują je jako techniczny warunek akceptacji pracy do publikacji, zgadzając się bez wahania i nie rozumiejąc potencjalnych skutków takiej zgody.

Pomimo też potwierdzenia, że wszyscy autorzy spełnili powyższe warunki, nie jest rzadkością, że osoby, które autorami być powinny (dotyczy to najczęściej studentów, młodszych stażem pracowników, pracowników technicznych), autorami jednak nie są. Z drugiej strony, również rzadkością nie jest, że osoby, które autorami być nie powinny (dotyczy to najczęściej badaczy bardziej doświadczonych, nierzadko w pozycji władzy), są jako autorzy na publikacjach umieszczani.

phd031305s

O ile ciężej może być (z punktu widzenia redakcji) wychwycić te pierwsze przypadki, o tyle jest prosty sposób na wychwycenie dużej części tych drugich – znanych jako autorstwo gościnne. Wystarczyłoby bowiem wymagać od autorów, aby nie tylko potwierdzili, że wszyscy autorzy spełniają odpowiednie kryteria, ale także wyliczyli dokładnie, co który autor zrobił. Takie rozwiązanie ma też ten plus, że czytając później pracę, łatwiej jest czytelnikowi zrozumieć, kto wykonał większość żmudnej roboty, które pomysły były czyje, i kto tylko trochę pomógł (za to autorstwo być może się należy, ale jak już przyjdzie co do czego, przy przyznawaniu Nobla, to może taki delikwent już na to nie zasługiwać).

Wiele wydawnictw naukowych pracuje nad systemem, który by to ostatnie rozwiązanie miał umożliwić – i które może być stosowane standardowo przez wszystkie wydawnictwa niezależnie od ich rozmiaru oraz portfolio (czyli dziedzin naukowych, w których publikują).

Ten system o nazwie CRediT jest rozwijany już od jakiegoś czasu: jest to system taksonomiczny, pozwalający na określenie, jaki wkład w pracę miał każdy z autorów. Jego podwaliny, a także rekomendacje do stosowania przez pisma naukowe, są opisane w pracy, która ukazała się niecały tydzień temu w PNAS.

Te zalecenia uwzględniają głównie pomysły opisane już powyżej: stosownie definicji autorstwa bardzo podobnej do tej stworzonej przez redaktorów medycznych, wymaganie wyliczenia konkretnego wkładu wszystkich autorów (kto pracę zaprojektował, kto wykonał eksperymentu lub przezanalizował dane, czyj wkład ograniczony jest do dyskusji wyników), a także wymaganie stosowania standardowych identyfikatorów autorów (systemu ORCiD). Ważnym technicznie elementem jest możliwość kodowania wkładu poszczególnych autorów w meta-danych artukułu. To bowiem oznacza, że ktoś oceniający aplikację młodego badacza o staż podoktorski, na której widnieje 20 publikacji, może szybko stwierdzić, czy wkład aplikanta ograniczył się na przykład do pomocy w jednym małym doświadczeniu, czy też ów aplikant był głównym intelektualnym twórcą i uczestnikiem tych badań.

Publikacja podobne zalecenia proponuje także dla instytucji i towarzystw naukowych: wprowadzanie tych nowych kryteriów i rozwiązań przez wydanictwa ma bowiem sens tylko wtedy, gdy te nowe funkcjonalności i definicje stosowane będą przez wszystkich. Tylko jeśli, recenzenci grantów zaczną rozróżniać aplikantów nie tylko na podstawie liczby aplikacji, ale też na podstawie ich wkładu w te prace. Jeśli towarzystwa naukowe zaczną przyznawać granty osobom, które miały w poprzednie prace największy wkład koncepcyjny (stosowany jako proxy ich kreatywności), a nie tym, którzy mają profa przed nazwiskiem. Tylko jeśli uczelnie będą studentów od małego uczyć, kiedy im się autorstwo należy i jaką ze sobą niesie odpowiedzialność.

Na długa metę, CRediT – jeśli zostanie wdrożony przez wszystkich – ma szansę znacznie poprawić zarówno systemy oceny akademików, nasze rozumienie tego, kto w danym badaniu rzeczywiście brał aktywny udział, oraz ukrócić różnego rodzaju oszustwa (bo dopisywanie do pracy szefa swojego szefa, na wypadek przyszłych przysług, jest jednak uczelnianym oszustwem). Na krótką metę pomoże na pewno wydawnictwom w wykrywaniu różnych machloj. Jednak wiele środowisk do konceptu autorstwa będzie się musiało najpierw przyzwyczaić.

Dlaczego? Proszę sobie bowiem wyobrazić, jaki problem mieliby autorzy pracy, która kilka lat temu opisywała odkrycie bozonu Higgsa, gdyby Physical Review Letters stosowało CRediT. Pracy, która miała 33 strony, z których tylko 9 poświęconych było fizyce, a pozostałe 24 były listą ponad 5 tysięcy autorów4. Trudno podejrzewać, że każdy z tych autorów brał udział albo w planowaniu doświadczenia (wielu młodszych współautorów mogło nawet nie być w planie 5-letnim swoich rodziców, gdy kładzione były podwaliny tych eksperymentów) albo w gromadzeniu czy analizie danych. Albo że każdy z tych 5 tysięcy autorów krytycznie skomentował manuskrypt oraz zatwiedził jego ostateczną wersję. Tego typu prace nie są jednak koniecznie rzadkością w naukach fizycznych – a badacze w tych dziedzinach znacznie mniej niż w naukach biomedycznych przywiązują też uwagę do tego, jaki dokładnie był wkład indywidualnych autorów.

W pracy opisującej odkrycie bozonu Higgsa sekcji wyliczającej taki indywidualny wkład nie ma. Nie jest to jednak niemożliwe, czego dowodem są publikacje z dziedziny genomiki liczące po kilkuset autorów, które jednak nierzadko posiadają długie dokładne opisy tego, który z autorów brał udział w jakiej części badania. Czyli da się – trzeba jednak myśleć o tym od początku projektu.

Przypisy:1. Nie jest oczywiście tak, że to same odkrycie nie zostało dokonane jednocześnie, albo prawie jednoczeście, w przeszłości. Gdyby Darwin nie upublicznił O powstawaniu gatunków, teorię ewolucji na salony wprowadziłby Wallace. Zresztą praca Darwina została ogłoszona w tym samym momencie co Wallace’a, a głównym czynnikiem, który pchnął Darwina do wyjęcia manuskryptu z szuflady była wiadomość, że Wallace niezależnie stworzył prawie identyczną teorię.

2. Dyskutować można oczywiście nad zasadnością stosowania prac naukowych (ich liczby oraz tego, gdzie zostały opublikowany, a nie ich zawartości) jako oceny kreatywności, pomysłowości, czy pracowitości badaczy. Biorąc pod uwagę, że łatwo jest obecnie oszukać ten system, dziwotą jest, że stosowany jest on szeroko – ale wynika to z tego, że taka parametryzacja jest łatwiejsza, tańsza i mniej czasochłonna.

3. Ale podkreśli muszę, że nie oznacza to, że wszystkie medyczne periodyki ją stosują. A także – w wielu dziedzinach nie jest ona stosowana w ogóle, co nierzadko wynika z natury dyscypliny oraz form współpracy. Na przykład, kiedy zapytano kiedyś psychologów Tverskiego i Kahnemanna o to, które pomysły w ich publikacjach były czyje, nie potrafili oni udzielić odpowiedzi na to pytanie, bo ich współpraca była tak bardzo symbiotyczna, że nie byli w stanie rozróżnić, gdzie zaczynał się wkład jednego, a kończył drugiego.

4. Zjawisko publikacji z wieloma setkami, a czasem nawet tysiącami autorów nazywa się hiperautorstwem. Staje się ono coraz powszechniejsze w nauce – wciąż jest znacznie częstsze w naukach fizycznych niż w naukach biologicznych.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s