Wiedza dla każdego

Wraz ze zbliżającym się końcem roku nadszedł czas podsumowań. Magazyn Nature jak zawsze uraczył nas swoją listą dziesięciu osób, które w jakiś sposób odmieniły lub wpłynęły na naukę w roku 2018. Są na liście nazwiska oczywiste, są i kontrowersyjne (o tym może więcej kiedy indziej). Ale jest jedno, które w oczy rzuci się najprawdopodobniej głównie wydawcom i redaktorom, chociaż powinno wszystkim europejskim badaczom. Chodzi mi o Roberta-Jana Smitsa, specjalnego doradcę do spraw otwartego dostępu przy Unii Europejskiej.

Wybór Smitsa wpisuje się w trend trwający już od kilku lat i przypomina mi o wyborze do tej listy w 2016 roku Aleksandy Elbakyan, założycielki pirackiego serwera Sci-Hub udostępniającego publikacje naukowe  (takiego naukowego Napstera, jeśli ktoś pamięta jeszcze, czym był ten serwis). Od wielu lat coraz bardziej dostrzeganym – i krytykowanym – problemem w nauce jest kwestia dostępu do publikacji fachowych. Do większości prac dostęp pozyskać można na dwa sposoby – subskrybując pismo naukowe lub wykupując dostęp do pojedycznych artykułów (przy czym ceny za artykuł potrafią być w okolicach $30, zaś na subskrypcję indywidualnych osób nie stać by było w ogóle – taki dostęp organizują biblioteki uniwersyteckie).

Odpowiedzią na ten stan rzeczy stał się nowy model publikowania w tak zwanym otwartym dostępie (opiewany wielokrotnie na tym blogu), polegający na tym, że koszt publikacji przeniesiony jest na wcześniejszy etap i ponoszony przez autora (pokrywany najczęściej z grantu) lub sponsora (na przykład towarzystwo naukowe), zaś dostęp dla czytelników – wszędzie na świecie – jest natychmiastowy w momencie publikacji i za darmo. I chociaż pojawia się coraz więcej pism operujących w tym modelu, subskrypcja wciąż jest potrzebna, aby móc czytać znakomitą większość literatury fachowej. Nie jest zatem może zaskoczeniem, że Sci-Hub, pomimo prób ukręcenia mu łba przez dużych komercyjnych wydawców, cieszy się nieprzerwanie popularnością.

W tym roku ukazały się co najmniej dwie prace analizujące zakres dostępu do literatury, jakiego udziela nam ten piracki serwis, a także tego, kto z tego dostępu korzysta: jedna publikacja w eLife na początku roku, kolejna publikacja w The Lancet Global Health, która ukazała się już online a formalnie w numerze znajdzie się w styczniu (oba pisma są publikowane w otwartym dostępie). W 2016 podobnej analizy dokonał magazyn Science. Według raportu eLife, 85% literatury opublikowanej pod subskrypcją było dostępne w Sci-Hub w marcu 2017 roku. Autorzy pracy w The Lancet Global Health sprawdzili, kto z serwera korzysta najwięcej. Zaskoczeniem nie jest, że najmniej ściągnięć pochodzi z Ameryki Północnej i środkowej Europy, najwięcej z globalnego południa.

https://doi.org/10.1016/S2214-109X(18)30388-7

Nie jest jednak tak, że w krajach rozwiniętych nikt nie piraci – okazuje się, że z nielegalnego źródła publikacji korzystają badacze na całym świecie. Ten wynik idzie w parze z wcześniejszą analizą Science, która swój reportaż w 2016 zatytułowana w niepozostawiający wątpliwości sposób: „Kto piracko ściąga publikacje naukowe? Wszyscy”.

Że dostęp do publikacji jest problemem dostrzegają ludzie zaangażowani w polityczne aspekty nauki na różnych stopniach. Wiele fundacji charytatywnych fundujących badania robi to obecnie pod warunkiem, że wyniki tych badań opublikowane są w otwartym dostępie (dotyczy to biomedycznego giganta Wellcome Trust oraz Fundacji Gatesów). Komisja Europejska próbuje monitorować, w jakim stopniu wyniki badań fundowanych przez Unię publikowane są w taki sposób, aby dostęp do nich miał każdy obywatel, którego podatek te badania zasponsorował. Postęp w stronę otwartego dostępu (i szerzej rozumianej otwartej nauki) jakiś tam jest, ale coraz częściej pojawiają się głosy, że – biorąc pod uwagę na co powinna nam obecnie pozwalać technologia – jest zbyt powolny, i że to powolne tempo wynika z tego, że pozbycie się subskrypcji nie jest na rękę wydawniczym gigantom.

I tutaj na scenę wkroczył właśnie Robert-Jan Smits, który w swojej roli specjalnego doradcy do spraw otwartego dostępu zgromadził wokół siebie koalicję narodowych fundacji finansujących naukę, której celem jest zmuszenie badaczy oraz wydawców do tego, aby w tym otwartym dostępie publikowali. Koalicja S opublikowała swój manifest, Plan S, na początku września (pisałem o tym tutaj). Obecnie trwa okres konsultacji, których celem jest opracowania zasad wdrożenia Planu S.

Cel dekalogu planu S (bo u jego podstaw leży rzeczywiście dziesięć zasad) jest szczytny, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Wielu badaczy uważa jednak, że Plan S jest zbyt radykalny, że nie przystaje do rzeczywistości i że badaczy europejskich stawia pod ścianą. Że będzie szkodził przede wszystkim młodszym uczonym, że Europie ograniczy dostęp do międzynarodowej współpracy. Wszystko to dlatego, że większość periodyków uważanych za prestiżowe (dlaczego i czy słusznie jest dyskusją na oddzielny post) publikowana jest pod subskrypcją, więc laureaci grantów nadawanych przez koalicjantów nie będą mogli publikować wyników badań w tych pismach.

W mediach społecznościowych trwa obecnie wojna na listy otwarte. Jeden, protestujący przeciwko planowi S, ukazał się na początku listopada i zgromadził nieco ponad 1500 sygnatariuszy. Drugi, który nie dotyczy tak naprawdę Planu S, ale popiera tę inicjatywę w szerszym sensie, opublikowany został przez Michaela Eisena na początku grudnia. Podpisało go już blisko 1900 osób.

Walka w mediach trwa, trwają też wspomniane już przeze mnie konsultacje: termin komentowania został właśnie przesunięty na 6. lutego 2019 roku. Polscy naukowcy powinni też przyjrzeć się inicjatywie z większym zainteresowaniem, gdyż jednym z koalicjantów jest Narodowe Centrum Nauki, a nowe zasady dotyczyć będą wszystkich grantów nadanych od 2020 roku. A jest w zasadzie oczywistą oczywistością, że Plan S wejdzie w życie. Pytanie, czy stanie się w jego ekstremalnej formie, która zasiała popłoch wśród europejskich badaczy we wrześniu, czy też na skutek konsultacji zostanie nam zaserwowana wersja waniliowa tego programu.

Chociaż wersja ekstremalna na krótką metę może być bolesna, warto pamiętać, że celem tego planu jest wstrząśnięcie środowiskiem naukowym. Plan S jest radykalny z zamysłu: od prawie 20 lat próbujemy stopniowo wprowadzać otwarty dostęp, a mimo to wciąż nie potrafimy doprowadzić do sytuacji, w której rodzic dziecka chorego na rzadką chorobę może z łatwością i bez przeszkód sięgnąć do literatury fachowej, za której stworzenie najpewniej (poprzez swoje podatki) zapłacił.

Niezależnie od tego, w jakiej formie ostatecznie wdrożony zostanie Plan S, pewnym jest, że Robert-Jan Smits, jako główny architekt ale i adwokat tej inicjatywy, będzie przez wielu badaczy kochany, a przez resztę nienawidzony. I jeśli to nie gwarantuje mu miejsca na liście Nature, to nie wiem, co może.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s