Trudna walka o etyczne standardy

Nie ma chyba we współczesnej medycynie sytuacji, w której pacjent jest bardziej zależny od altruizmu i dobrej woli bliźniego, niż w przypadku koniecznej transplantacji organów. Niedostępne leki zawsze można w jakiś sposób zdobyć, pieniadze na terapię zebrać (niekoniecznie muszą to być zadania łatwe, ale ograniczenia w dostępności zasobów nie wynikają z ograniczeń prawa ani z limitowanej podaży). Organów jednak nie potrafimy jeszcze wyhodować i w przypadku potrzeby liczyć musimy na dobroczynność dawców.

Biorąc pod uwagę charakter takiej dotacji nie powinno być zaskoczeniem, że środowisko międzynarodowe z niechęcią, odrazą i potępieniem patrzy na nielegalny handel organami albo – być może co gorsza – na wykorzystywanie organów uzyskanych od skazanych na śmierć więźniów. W utilitarnym świecie (na skali od zera do Hitlera, mówimy o pragmatyzmie w zasadzie nazistowskim) możnaby podziwiać podejście praktyczne – skazani i tak rozstają się z życiem, przed śmiercią mogą jednak jeszcze kogoś uratować. Podejście takie, pomijając rozterki moralne, kłóci się też z jedną z podstawowych zasad w medycynie: dawca organów musi na dotację dać świadomą, niewymuszoną zgodę (o problemach z taką zgodą pacjenta pisałem kilka lat temu przytaczając historię pacjenta H.M.).

W przypadku pewnych populacji pacjentów uznaje się jednak, że niezależnie od tego, czy podpisali jakiś papier czy nie, zgoda nie mogła być niewymuszona – nie musimy tutaj mówić o wymuszeniu fizycznym; pytanie, czy pacjent mógł się czuć szykanowany, czy był maltretowany psychicznie do takiego stopnia, że podpisałby wszystko, czy pacjent był w stanie mentalnym pozwalającym na podjęcie takiej decyzji. Do takich grup pacjentów należą na przykład niepełnoletni albo osoby z poważnym stopniem upośledzenia umysłowego. Mogą to też być grupy szykanowane społecznie – mniejszości seksualne, pracownicy seksualni, mniejszość etniczne, i tak dalej, i tym podobne. Wreszcie do kategorii tej zalicza się więźniów – ponieważ jak by na to nie patrzeć i z jakiej przyczyny nie znajdowaliby się w odosobnieniu, są oni jednak w jakiś sposób ubezwłasnowolnieni.

Pozyskiwanie organów od więźniów jest niezgodne z Deklaracją Helsińską, z kodem norymberskim, i innymi międzynarodowymi umowami. Nie mówimy tutaj też o zjawisku o małej skali: w zeszłym tylko roku na całym świecie dokonano przeszczepów ponad 116 tysięcy organów (do statystyki wlicza się tylko duże organy: nerki, serce, płuca, wątrobę, trzustkę i jelito). Nie powinno zatem być zaskoczeniem, że świat z oburzeniem przez lata krytykował Chiny, w którym sławetnie pobierano organy właśnie od skazanych na śmierć więźniów – w przypadku Chin oliwy do ognia dolewał zapewne fakt, że wielu skazańców kary doczekało się nie za zbrodnie przeciw ludzkości, ale raczej za polityczny aktywizm, a także przynależność do grup religijnych (zwłaszcza praktykantów Falun Gong) lub mniejszość narodowych (np. mniejszości ujgurskiej). W 2014 roku Chińskie prawo karę śmierci przewidywało za 51 wykroczeń – ponad 60% z nich była natury nieagresywnej. Po latac krytyki Chiny w 2007 roku obiecały zakończyć proceder pobierana organów do przeszczepu od więźniów. W 2014 roku jednak grupa lekarzy z organizacji Doctors Against Forced Organ Harvesting opublikowała pracę, w której dowodzili, że praktyka ta wciąż istnieje i póki co ma się dobrze.

Apel lekarzy aktywistów był być może trochę takim głosem wołającego na puszczy (do tego wołającego dość jednak skonfliktowanego). Jednak na pierwsze strony mediów sprawa powróciła z lekkim hukiem na początku 2017 roku, gdy miedzynarodowy periodyk fachowy poświęcony badaniom wątroby, Liver International, postanowił wycofać z publikacji pracę naukowców z Chin na skutek wątpliwości co do pochodzenia organów, których dotyczyło badanie. Wiele prestiżowych pism medycznych specjalizujących się w badaniach nad przeszczepami odmawia wprost publikacji prac opartych na organach pozyskanych od chińskich więźniów: publicznie jeśli są na to dowody, w praktyce pisma te odmawiają publikacji jakichkolwiek transplantacyjnych prac z Chin.

Chiny jednak wzięły się za siebie – administracja rządowa zajęła się organizacją centralnego rejestru organów, znacznie podobno zwiększył sie też nadzór nad badaniami medycznymi w tym zakresie. Publicznie władze chińskie robią dużo, aby zmienić zasady, nawyki oraz postrzeganie chińskiego środowiska medycznego na arenie międzynarodowej.

W lutym tego roku jednak periodyk BMJ Open opublikował wyniki dość miażdżącej analizy. Grupa badaczy amerykańskich dokonała przegladu pochodzących z Chin prac dotyczących przeszczepów, opublikowanych między 2000 a 2017 rokiem. Celem było sprawdzenie, czy prace spełniają minimum wymaganych międzynarodowych standardów. A dodać warto, że standardy nie są wysokie – pisma wymagają na przykład potwierdzenia, że organy nie zostały pozyskane od więźniów oraz że zarówno dawca jak i biorca organu wydali na zabieg świadomą niewymuszoną zgodę, ale nie wymagaja często żadnych oryginalnych dokumentów.

Pomimo tego, że wymagania były tak niewielkie, ponad 90% prac nie podawało nawet informacji na temat tego, czy organy były uzyskane od więźniów. 99% prac nie podawało informacji na temat tego, czy dawca organu dał na zabieg świadomą zgodę. Niecały trzy czwarte prac potwierdzała, że na badanie zgodę wydał komitet bioetyczny. Wśród prac zawierających potwierdzenie, że organów nie pobrano od więźniów, 19 było opublikowane przez rokiem 2010 (w tym roku dopiero powstał program dobrowolnego dawstwa organów w Chinach).

14417362179_da2eb6399b_c
źródło: CMSRC (CC By-SA 3.0)

Trudno tu jednak winić jedynie badaczy z Chin – o ile wiemy, wiele spośród przynajmniej nowszych badań mogło być prowadzone zgodnie z międzynarodowymi standardami, a wina leży po stronie pism naukowych, które nie upewniają się, że informacja na temat niezbędnych etycznych zgód i pozwoleń znajduje się też w publikacji.

Nie chcę jednak malować środowiska medycznego z Chin w różowych barwach. Co najmniej dwa doniesienia z ostatnich kilku miesięcy powinny dać wszystkim do myślenia i spowodować, że badania tego typu pochodzące z Chin powinny wciąż być traktowane z ostrożnością. W sierpniu 15 spośród ponad 400 prac przeanalizowanych w pracy w BMJ Open została wycofana przez pisma, w których się okazały (7 tylko z wiodącego periodyka Transplantation) na podstawie podejrzeń, co do źródła organów.

W listopadzie zaś pismo BMC Medical Ethics opublikowała kolejną analizę, w ramach której autorzy przyjrzeli się zestawom danych dotyczących przeszczepów w Chinach. Jeden zestaw pochodził z chińskiego centralnego rejestru organów, drugi zaś z rejestru Chińskiego Czerwonego Krzyża. Autorzy sprawdzili, czy dane wyglądają na zmanipulowane – czy są albo zbyt idealne, czy też może są na przykład wewnętrznie sprzeczne albo nieprawdopodobne. No i okazało się, że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że problem rzeczywiście wciąż istnieje. I chociaż autorzy podkreślają, że dane z niektórych rejonów sugerują, że chińskie reformy systemu jednak tam pomogły, w innych prowincjach sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Pomimo tych poszlakowych, ale jednak dość mocnych, dowodów na to, że praktyka w Chinach wciąż trwa, trudno powiedzieć, w jaki sposób środowisko międzynarodowe może z tym walczyć. Chiny sławetnie kryją dane na ten temat, pisma naukowe nie mają zaś specjalnie narzędzi do tego, aby sprawdzać, czy potwierdzenia badaczy o uzyskaniu pozwoleń są prawdziwe czy nie. Nawet gdyby jednak miały, nie wiadomo, jak skuteczne byłoby takie sprawdzanie w sytuacji, gdy wygląda na to, że rządowy rejestr narządów sam fałszuje własne dane.

W duchu świątecznym każdy z nas może zrobić kilka rzeczy, żeby pomóc ludziom, którzy być może mogą wpłynąć na to, jak rząd chiński traktuje własnych obywateli. Możemy się wszyscy oczywiście oburzyć. Możemy zbojkotować produkty chińskie (ale powodzenia z tą strategią). Możemy dać końcoworoczny datek organizacjom, które prowadzą taką aktywistyczną działalność (Amnesty International, Human Rights Watch itp.). Możemy też wreszcie upewnić się, że jako społeczeństwo sami traktujemy różne nasze mniejszości w taki sposób, że nie zagraża nam w najbliższych dekadach plaga nazistowskiego pragmatyzmu.

 

1 Comment

  1. w którymś ze swoich tekstów Levi-Strauss pisze, że transplantacja to nowoczesna forma kanibalizmu. Przyswojenie elementu cudzego organizmu do własnego, tak jak transfuzja itp. A więc niekoniecznie trzeba zjadać bliźniego, by być „kanibalem”.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s