Czyli kolejny raz blog będzie nieaktywny (bądź bardzo mało aktywny) przez najbliższy tydzień. Jadę bowiem do domu, najeść się polskiego jedzenia i wyhodować sadło na angielską zimę. Wracam jednak we środę, więc w ramach rozgrzewki już zapraszam na przyszłotygodniowe wypiski.
W ramach uprzedzenia – następna taka przerwa, i tym razem prawdopodobnie znacznie dłuższa – będzie miała miejsce od połowy grudnia do końca pierwszego tygodnia stycznia. Możliwe, że coś skrobnę w czasie świąt, ale będę też na kursie tuż przed świętami, a potem tydzień w górach w Szkocji (w Nowy Rok na Ben Nevis! Oby tylko pogoda dopisała), więc raczej nie będę się wówczas udzielał.
Nie oznacza to jednak, że nie możecie nadrabiać z czytaniem w czasie mojej nieobecności (zwłaszcza, że październik był niezwykle intensywny) :)
My, Polacy, traktujemy herbatę jak kolejny sympatyczny napój. Większość z nas nie przywiązuje jednak nadmiernej uwagi do tego, jak ta herbata jest serwowana. Nie ma w tym nic złego – ja sam nie tylko wolę ją pić w kubku, ale i nie mam nic przeciwko tak podanej herbacie, gdy idę do kogoś z wizytą. Niektórzy z nas będą woleli szklanki, inni filiżanki. Jedni z nas będą pić czarną, inni zieloną, a inni owocową (a jeszcze inni patrząc na herbaty owocowe lub ziołowe będą w nich widzieć obrazę majestatu). Innymi słowy na polskim rynku herbacianym – wolna amerykanka.
Są jednak nacje, które kwestie herbaty traktują ze znacznie większą powagą. I, będąc obecnie rezydentem Wysp, mam na ten temat sporo do powiedzenia. Otóż każdego dnia w moim biurze odbywa się w okolicy godziny czwartej po południu ten sam rytuał. Nastawiany jest czajnik z wodą. Następnie, gdy woda jest zagotowana wlewa się odrobinę do odrębnego czajnika (teapot, nie jestem nawet pewien, czy to naczynie ma swoje imię w języku polskim) na herbatę, aby go nieco podgrzać. Do czajnika wrzuca się także adekwatną ilość torebek herbaty – zakładając, że i tak dokonujemy takiej abominacji i używamy torebek. Królowa zapewne nie zniża się do tego poziomu – tzn. tyle torebek, ilu będzie partycypantów wydarzenia plus jedną ekstra “dla czajnika”. Następnie całość zalewa się wodą. Gdy herbata się parzy, przygotowuje się kubki – znowuż, dzieje się tak li tylko dlatego, że jest to robocza herbata, w domu nikt by po kubek nie sięgnął – wlewając do każego na dno odrobinę mleka (i jest na to historyczne uzasadnienie!). Wreszcie, gdy herbata jest zaparzona, zalewa się nią mleko w kubku. Oczywiście cukier jest zabroniony. A jeszcze gorzej, żeby ktoś popełnił takie faux pas, jakie ja popełniam regularnie, czyli pił herbatę nie tylko z cukrem, ale i z cytryną!
Jak więc widzicie, herbata to poważna sprawa. Całą powagę potrafi zabić jednak taki idiotyczny szczegół, jak ciecz ściekająca po szyjce czajnika na piękny biały obrus (to problem domowy, u nas wszystko ścieka na szafki z dokumentacją aparatury :)), zamiast do filiżanek. Jednak pewna grupa badaczy postanowiła podjąć rękawicę i zmierzyć się z tym wyzwaniem. I zgadnijcie co? To nie byli Brytyjczycy, lecz Francuzi! Jak to ujął mój francuski kolega – stało się tak dlatego, że Francuzi zajęli się badaniem herbaty, gdy Brytyjczycy zajęci byli jej piciem…
Większości z nas plastiki kojarzą się w nierecyclingowalnymi pojemnikami na żywność, różnego rodzaju przyrządami z gatunku pomocy domowych, zabawkami, foliami ociepleniowymi. Jednym słowem – wszelkiego rodzaju śmieciem, z którego pożytek jest zazwyczaj krótkotrwały. W Muzeum Nauki w Londynie trwa właśnie wystawa z okazji 100 lat istnienia plastiku – i chociaż przypomina ona, że gdy plastiki pojawiły się po raz pierwszy na początku XX wieku, były przełomem w przemyśle materiałów, to jednak po wyjściu z ekspozycji pozostaje niesmak. Bo o ile w latach 50. plastikowe krzesła mogły być krzykiem mody, o tyle dzisiaj są raczej jej agonalnym wrzaskiem.
www.wikipedia.org
Traktujemy więc plastik jako zło niedoścignione, które jest niezbędne do życia, a nie ma się go jak pozbyć. Nie należy jednak nie doceniać tych materiałów i dlatego dzisiaj dwa słowa o jednym z nich (a w przyszłości być może o innych): o poliuretanie.
A w tym tygodniu przeczytacie o tym, jak nagroda Nobla, która po raz pierwszy trafiła aż do czterech pań w jednym roku, wpływa na to postrzeganie pań w nauce przez społeczeństwo; o tym, jak efektywny jest tzw. brand-placement; a na koniec perełka: o znaczeniu seksu oralnego w świecie zwierząt.
Dokładnie 40 lat temu, 29 października 1969 roku, doszło do wiekopomnego wydarzenia: nawiązano połączenie pomiędzy dwoma komputerami znajdującymi się w Los Angeles oraz Stanford. Był to początek pierwszej sieci komputerowej, Arpanetu, będącego projektem wojskowej agencji ARPA. Przed końcem roku sieć – wtedy jeszcze nie światowa – liczyła już 4 hosty. Tak zaczynał rodzić się internet…
Rok później sieć sięgnęła wschodniego wybrzeża Stanów: kolejne komputery służące jako hosty pojawiły się w Harvardzie oraz MIT, a także w firmie BBN Technologies. W tym samym czasie na Hawajach powstawał Alohanet. Gdy sieć wypełzła poza Amerykę, wszystko poszło już z górki. Oto w skrócie ostatnie 40 lat tego wynalazku, który odmienił oblicze cywilizacji…
Do dzisiaj poznanych zostało ponad 40 tysięcy pająków – jednego z najliczniejszych rzędów w świecie zwierząt. Mimo to daleko jesteśmy jeszcze od poznania wszystkich istniejących gatunków – wiele z których jest prawdopodobnie endemiczne lub na tyle rzadkie, że umyka polującym na nie zoologom. Ci jednak mają też swoje sposoby, dzieki którym rząd pająków wzbogaca się o około pół tysiąca nowych gatunków rocznie.
N. komac/Kuntner M., Coddington J.A., PLoS ONE 4(10): e7516
Jednak ostatni nowy gatunek z rodzaju Nephila był opisany w XIX wieku. A gdy znaleziono kolejny, to od razu okazał się strzałem z grubej rury…
Z ostatniej chwili: profesor Hwang Woo-Suk, o którym już kiedyś pisałem w kontekście jego wyczynów, czytaj: fałszowania wyników naukowych (twierdził, że udało mu się sklonować ludzkie zarodki, co okazało się kłamstwem), został dzisiaj uznany przez południowokoreański sąd w Seulu winnym zarzucanych mu czynów. Jakie to były dokładnie zarzuty, tego notatka prasowa Timesa nie precyzuje, ale można podejrzewać, że oskarżono go co najmniej o oszustwo. Hwang Woo-Suk został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy. Za zbrodnię, której dokonał na nauce, powinno się go chyba za to napiętnować…
Lwy? Nie. Tygrysy? Też nie. Największe znane koty to lygrysy. Lygrysy to hybrydy: zwierzaki urodzone z mamy tygrysicy i taty lwa. Krzyżówka w drugą stronę (mama lwica i tata tygrys) to tyglew. Tyglewy jednak bardzo rzadko rosną większe od rodziców, podczas gdy w przypadku lygrysów jest to niemal regułą.
A teraz pytanie: skąd dokładnie biorą się lygrysy? Odpowiedzią jest zaś genetyczny imprinting.
A w tym tygodniu przeczytacie o wątpliwościach pojawiających się w sprawie słynnej Idy, o której pisałem kilka miesięcy temu; o śledzeniu życia albatrosów za pomocą najnowszych odkryć techniki; oraz o współpracujących hienach.